Pokazywanie postów oznaczonych etykietą annapurna circuit trek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą annapurna circuit trek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 maja 2012

2012.04.13 – 2012.04.28 Annapurna Circuit Trek – część II


2012.04.21 – Dzień 8: Manang (3540 m) – Khangsar (3734 m) – Mursang (4100 m)

Wyruszamy na dużym luzie dopiero koło 9. Idziemy na początku razem z Jackiem i Agą, ale jakieś 15 minut za Manangiem nasze drogi się rozchodzą. My odbijamy w lewo przez pola w kierunku mostu, a Jacek i Aga cisną dalej w stronę przełęczy.
Szlak na Tilichio Lake ma to do siebie, że często zdarzają się na nim spore landslidey, które zasypują stary szlak albo zrywają mosty. Ostatnio taki landslide zerwał jeden z mostów, więc oryginalna ścieżka nie była dostępna i trzeba było kombinować idąc drugim brzegiem rzeki. Przed wyjściem na ten szlak podpytaliśmy lokalesów w Manangu którędy iść. Coś nam wytłumaczyli, ale ich słaby angielski i niedokładna mapa skutkowały tym, że trochę błądziliśmy i skakaliśmy z jakiś skarp, ale w końcu docieramy do punktu, z którego w oddali widać most i wtedy już wiadomo jak iść.

Po ok. 2 godzinach docieramy do Khangsar, gdzie chcemy zrobić sobie krótką przerwę na herbatę. Przechodzimy już prawie całą wioskę w poszukiwaniu jakiegoś przyjemnego miejsca i nic. W końcu zagadujemy do kilku kobiet, które kręciły się przed jakimś budynkiem i po chwili te kobiety wciągają nas do środka. Wchodzimy do sporego, ciemnego pomieszczenia, na środku którego jest palenisko i stoi kilka ogromnych garnków, a wokół kręci się jeszcze więcej kobiet. Dostajemy herbatę tybetańską (w ogóle nie przypomina to naszej herbaty – jest słona, zawiera masło i chyba jeszcze mleko). Iza czujnie pyta o cenę za kubek - lokalesi na szlaku są znani z tego, że po wypiciu trunku potrafią walnąć cenę z kosmosu, a wtedy ma się dość słabą pozycję negocjacyjną, no bo nie zwrócisz tego co wypiłeś, chyba że się bardzo postarasz ;) Kobitki się uśmiechnęły na pytanie Izy i powiedziały „free”. Iza przyzwyczajona do tego, że turysta jest przez lokalesów traktowany jak chodzący worek pieniędzy, zapytała „three? three zero?”. Kobitki się roześmiały i powiedziały „no, for free, no money”, a na dokładkę dały nam po tybetańskim chlebie. W końcu trafiliśmy na miłych, przyjaznych lokalesów, można się było odprężyć :) W środku tak miło, że siedzieliśmy tam prawie godzinę. Okazało się, że tego dnia mają jakieś święto i z tej okazji szykują dal bhat (ryż, zupa z soczewicy, ziemniaki z curry) dla całej wioski. Namawiały nas żebyśmy zostali, ale mieliśmy jeszcze kawał drogi przed sobą, więc musieliśmy odmówić. Było to bardzo miłe przeżycie, jedno z lepszych na treku.






Naładowani pozytywną energią ruszyliśmy dalej w stronę Tilichio Lake Base Camp, ale niestety po godzinie marszu dopadła nas śnieżyca przed którą schowaliśmy się w guesthouse w miejscowości Mursang (4100 m). Pogoda nie poprawiła się już do wieczora, więc postanowiliśmy zostać tu na noc, a następnego dnia wyruszyć wcześnie żeby zaatakować Tilichio Lake i wrócić na nocleg do Tilichio Lake Base Camp.

Pod wieczór, tuż przed zachodem słońca, wyłoniło się parę szczytów


2012.04.22 – Dzień 9: Mursang (4100 m) – Tilichio Base Camp (4150 m) – Tilichio Lake (4920) – Tilichio Base Camp (4150 m) – Mursang (4100 m)

Tego dnia obudziłem się o 5 razem ze słońcem i wyszedłem zobaczyć jego wschód. Znowu widok był nieziemski. Na tym treku, dla takich widoków warto zarwać te poranne godziny snu.


Mieliśmy piękną pogodę, żadnej chmurki na niebie, więc czym prędzej zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy nad jezioro. Trasa po drodze była przepiękna, ale też trochę niebezpieczna. Była założona na bardzo sypkim podłożu, które wyglądało jakby tylko czekało aż się na nie wejdzie żeby wtedy rozpocząć wycieczkę na dół. W kilku miejscach z góry sypały się kamienie, czasami wielkości pięści. Odcinki te trzeba było przechodzić bardzo szybko używając plecaka jak tarczy, patrząc cały czas w górę czy akurat coś większego nie leci. Parę razy przeleciał koło mnie większy kamyk furcząc przy tym wściekle (spadając odbijał się od podłoża i nabierał w ten sposób ogromnej prędkości obrotowej, stąd ten dziwny dźwięk gdy przelatywał obok).






 


Po ok 2,5 h marszu w tej pięknej scenerii docieramy do Tilichio Base Camp. Jesteśmy już trochę głodni, więc zamawiamy makaron, żeby posilić się przed trzygodzinnym wejściem. Niestety panowie w base campie są bardzo nieogarnięci i zanim dostajemy makaron mija cenne półtorej godziny, a po chmurach już widać, że szykuje się zmiana pogody. Trochę wkurzeni tym straconym cennym czasem ruszamy w górę, ale nie możemy się za bardzo śpieszyć, bo jesteśmy już powyżej 4200 m, a tu, bez dobrej aklimatyzacji, zbyt szybkie tempo może się skończyć nieprzyjemną chorobą wysokościową.

 Szlak nad jezioro


 Niektóre odcinki trzeba było pokonywać bardzo szybko, bo ziemia dosłownie uciekała spod nóg




Po dwóch godzinach otaczają nas już całkowicie chmury i zrywa się konkretny wiatr. Ostatnie pół godziny idziemy już w silnej śnieżycy. Docieramy na miejsce i niestety nie jest nam dane zobaczyć widoków znad jeziora. Pocieszamy się tym, że samo jezioro i tak jest przykryte grubą warstwą śniegu i go nie widać, ale szkoda widoku otaczających go szczytów. Zawracamy do base campu, bo sypie z minuty na minutę coraz bardziej i to dość mokrym śniegiem, który od razu wsiąka w ubrania.


jakom śnieg za bardzo nie przeszkadzał

 nam trochę bardziej

 w Tilichio Base Camp zastaliśmy taką płetwę na ścianie, brawo Polacy!

 suszenie ciuchów

Gdy po 1,5 godzinie docieramy do base campu mam już mokre całe spodnie, windstoper i polar. Na szczęście w „świetlicy” odpalona była koza, więc rozbieram się do bokserek i podkoszulki i wieszam na sznurkach swoje mokre ciuchy. W środku jest ze 20 osób, w tym trójka Polaków, którzy szli z Manangu i których śnieżyca dopadła na odcinku z landslidami. Zamawiamy makaron i pytamy o pokoje – zostało tylko kilka łóżek w obskurnym, wilgotnym i zimnym dormie, bierzemy - za bardzo nie mamy wyjścia. Po ok. godzinie ubrania są już suche, a jedzenia wciąż nie ma. Czekamy jeszcze pół godziny, w końcu zdenerwowani wpadamy do kuchni, a tam prawie nic się nie dzieje, więc decydujemy się spakować manatki i ruszyć w dół. Pytamy jeszcze poznanych Polaków jak wyglądał szlak gdy zaczęło sypać – mówią, że lepiej, bo śnieg przykrył kamienie i już nie lecą z góry. Jest 18, w najlepszym wypadku mamy jeszcze godzinę światła dziennego, ale mamy ze sobą czołówki.
Ruszamy. Wokół nas są chmury, do tego szlak jest przykryty śniegiem i nie widać dobrze którędy biegnie – trzeba iść na czuja. Po pół godzinie weszliśmy na część z landslidami i tam o dziwo szlak bardziej się wyróżniał spod śniegu. Szybkim tempem przeszliśmy niebezpieczny obszar zanim zdążyło się całkowicie ściemnić, dalej szliśmy już z czołówkami. Do hostelu w Mursangu, w którym nocowaliśmy poprzedniej nocy dotarliśmy koło 20:30. Klimat w trakcie tego przemarszu był genialny: cisza, mgła, ciemność, padający śnieg, podświetlona przez czołówkę para z ust i świadomość, że siedzi się w sercu największych gór świata.

2012.04.23 – Dzień 10: Mursang (4100 m) – Manang (3540 m)

W związku w późnym przemarszem poprzedniego dnia, do Manangu mieliśmy blisko, więc nie śpiesząc się wyruszyliśmy spokojnie w drogę powrotną. Sypało całą noc, więc okolice były pokryte sporą warstwą śniegu. Dzięki temu, krajobraz był jeszcze piękniejszy niż poprzedniego dnia.






Po niecałych 3 godzinach byliśmy na miejscu. Zajrzałem do naszego hotelu, ale Kasi nie było w pokoju. Miałem wrócić po południu, więc prawdopodobnie wyszła gdzieś w okoliczne góry.
Kupiliśmy po piwie i weszliśmy na dach hotelu Wojtka i Izy i zrobiliśmy sobie relaks :)

Po południu znaleźliśmy Kasię, po pierwszym dniu odpoczynku w Manangu czuła się już znacznie lepiej - przeziębienie zmalało, a jelita zaczęły pracować, więc nie próżnowała. Drugiego dnia zrobiła trek w kierunku Ice Lake, ale na ok 4000 m złapała ją śnieżyca (ta sama, która do nas dotarła gdy doszliśmy na Tilichio Lake), więc musiała wracać. Trzeciego weszła na punkt widokowy na zboczu Gangapurny.
Wieczorem ustawiliśmy się na świętowanie imienin Wojtka, był lokalny bimber, więc była fantazja :)

Don Corleone

Hans Klos

 Smerfetka

Hanka Mostkowiak


2012.04.24 – Dzień 11: Manang (3540 m) – Yak Karka (4050 m) – Ledar (4200 m)

Okazało się, że Iza zostawiła w Mursangu swój zeszyt, w którym notowała wspomnienia od początku swojej wyprawy, czyli od stycznia. Próbowaliśmy dodzwonić się do hostelu żeby przekazali notes komuś kto będzie schodził do Manangu, ale nie dodzwoniliśmy się. Iza nie miała innego wyjścia jak tylko iść z powrotem do Mursangu i odebrać notes.
W związku z tym, że Iza miała znacznie większy odcinek do pokonania tego dnia, wyruszyła wcześnie rano, my się tak nie śpieszyliśmy i w składzie Kasia, Wojtek i ja ruszyliśmy dopiero o 9.
Szło się bardzo przyjemnie, nie mieliśmy żadnych problemów wysokościowych i ok. 15 dotarliśmy na miejsce, Iza przyszła jakieś 2 godziny po nas.
Spaliśmy w pierwszym guesthouse w Ledar i stanowczo odradzam to miejsce. Właściciele są strasznie niemili, po długich namowach rozpalili kozę, ale drewna dołożyć już nie chcieli, więc zawinęliśmy się do pokoi dość wcześnie. Do tego chcieli żebym zapłacił za wypożyczenie dodatkowych koców. Po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim, więc uparłem się, że koc powinien być na wyposażeniu pokoju. Musiałem się długo kłócić, żeby go w końcu dostać.


2012.04.25 – Dzień 12: Ledar (4200 m) – Thorung Phedi (4450 m)

Dzisiaj mieliśmy bardzo krótki odcinek, bo ok 2,5 godzinny i tylko 250 metrów w górę. Mogliśmy próbować iść dalej do High Campu (4833 m), ale było ryzyko, że Kasi nie wyjdzie to na dobre – nie była jeszcze na tej wysokości i przy pokonaniu 800 m jednego dnia mogłaby mieć ciężką noc. Do tego na 4833 m jest już dużo zimniej, szczególnie w nocy.

Od lewej: Annapurna III (7555 m), Ganggapurna (7454 m)

 w drodze do Thorung Phedi

Z powodu wysokości szło się trochę wolniej, szczególnie przy podejściach, ale był to bardzo przyjemny wysyłek. Tym bardziej, że nagradzany był przez całą drogę pięknymi widokami, pogoda była idealna - piękne słońce i lekki wiaterek.
Thorung Phedi okazało się bardzo przyjemną miejscówką. Właściciel i obsługa byli przyjaźni, a jedzenie było bardzo dobre i o dziwo nie było kosmicznie drogie.

Pies właściciela okazał się być bardzo blisko spokrewniony z Chubacą z Gwiezdnych Wojen.

Dzisiejszy trek był krótki i czułem lekki niedosyt. Iza i Wojtek też. Niestety nie było na mapie żadnych side treków, ale dla chcącego nic trudnego. Wskazaliśmy palcem kilka skałek na zboczu góry jako punkt docelowy i ruszyliśmy w ich stronę. Kasia postanowiła zbierać energię na jutrzejszy „atak przełęczowy” i została w pokoju.

Po godzinie stromego podejścia doszliśmy do skałek, ale jeszcze nam było mało i ruszyliśmy wyżej wskazując kolejne skałki. W ten sposób, wyznaczając sobie ciągle nowe punkty w których „już na pewno wracamy” doszliśmy do wysokości 4800 skąd było widać High Camp. Zaczęło mocno wiać i zrobiliśmy się bardzo głodni, więc tym razem już zawróciliśmy, chociaż kolejne skałki pojawiły się na horyzoncie i baaaardzo kusiły :)

 w dole Thorung Phedi

 w oddali High Camp


Po zejściu tradycyjnie już do końca dnia graliśmy w karty i czoło :) Natomiast  noc była najzimniejsza z dotychczasowych, minęła co najmniej godzina zanim mój śpiwór i koc nagrzały się ode mnie i było mi wystarczająco ciepło żebym mógł zasnąć.


2012.04.26 – Dzień 13: Thorung Phedi (4450 m) – Thorung La (5416 m) – Muktinath (3760 m)

Większość ludzi wystartowała na przełęcz między 3 a 4, my wystartowaliśmy później, bo o 5:30. Wojtek z Iza jeszcze bardziej lubią spać i wystartowali o 6:30. Pierwsza godzina była dość ciężka, było stromo i mało tlenu, do tego słonce dopiero pojawiało się na szczytach, a u nas był cień i było zimno. Jednak jak już się złapało rytm, a mięśnie zaczęły grzać to marsz był bardzo przyjemny.

Wschód słońca nad Annapurnami

Kasię już w Leddar zaczął znowu boleć żołądek i szła trochę wolniej, przez co musiałem od czasu do czasu na nią czekać. Czekanie na kogoś na dłuższą metę jest denerwujące, bo traci się swój rytm. W związku z tym w Thorung Phedi zabrałem wszystkie ciężkie rzeczy z Kasi plecaka i wpakowałem do swojego. Dzięki temu zabiegowi, Kasi plecak ważył ok 4-5 kilo, mój 16-18 i różnice w prędkości marszu już nie były takie duże – nadal musiałem od czasu do czasu czekać, ale już znacznie mniej.
Po godzinie stromego podejścia doszliśmy do High Campu i zrobiliśmy sobie przerwę na gorącą herbatę i ciastka. Spotkaliśmy też jednego z Polaków, którego poznałem w Tilichio Lake Base Camp. Po pół godzinie ruszyliśmy dalej.
Pogoda nam dopisywała, było piękne słońce i lekki wiatr – idealnie! Tylko brak tlenu dawał się we znaki i trzeba było mocno pilnować rytmu marszu. Najgorszy był start po postoju. Po postoju organizm już naładował rezerwy tlenowe i gdy robiło się pierwsze kroki, nie czuło się braku tlenu w powietrzu, więc przez parę sekund szło się szybko. Po chwili jednak, zanim oddech przyśpieszył, następowało bardzo szybkie opróżnienie rezerw i zaczynał się dołek tlenowy – zawroty, brak sił itp. Wtedy się zwalniało, oddech jak po bardzo szybkim sprincie i po dłuższej chwili tlen docierał do mięśni i mózgu - łapało się rytm. Po kilku „rozruchach” załapałem już o co chodzi i mimo że czułem energię, to pierwsze kroki po postoju robiłem bardzo powoli. W ten sposób można było wrócić do poprzedniego rytmu. Sam rytm na tej wysokości nie jest imponujący. Idzie się mniej więcej jak w podczas niedzielnego spaceru, ale płuca pracują tak jak podczas intensywnego biegu.



Po około 2,5 godzinie dotarliśmy do głównego celu naszej wycieczki czyli Thorung La Pass – 5416 m. Widoki niesamowite, radość pełna, satysfakcja ogromna!

 Annapurna II


 przełęcz zdobyta!

niektórzy baaaaardzo się cieszyli z osiągnięcia celu





Porobiliśmy zdjęcia, pokręciliśmy się po okolicy, wypiliśmy w małej chatce po herbacie, a po ok 40 minutach dotarli Iza z Wojtkiem. Pogratulowaliśmy sobie nawzajem i jakieś 20 minut później my ruszyliśmy na dół w stronę Muktinath, a Wojtek i Iza zostali jeszcze trochę nacieszyć się przełęczą.



lodowce były na wyciągnięcie ręki



Zejście było dość długie, momentami strome, ale ogólnie dość lajtowe, bo szło się ciągle w dół :) Na jego początku Kasię rozbolała głowa, prawdopodobnie od braku tlenu, ale w takim momencie trzeba połknąć painkillera i pędzić dalej na dół. Po zejściu na odpowiednią wysokość objawy miną same.
Zeszliśmy do guesthousów na 4200 m, gdzie wciągnęliśmy po pysznej szarlotce i porelaksowaliśmy się przez ok godzinę. Ból głowy Kasi prawie minął. Godzinę później byliśmy już w Muktinath i całą czwórką piliśmy piwo zwycięstwa :)

2012.04.27 – Dzień 14: Muktinath (3760 m) – Lupra (2790 m) – Jomson (2720 m)

Drogą Jomson – Muktinath jeżdżą non stop jeepy z pielgrzymami do Muktinath (gdzie jest bardzo duży kompleks świątyń buddyjskich, dla nich to taka Częstochowa). Generalnie trasa jest płaska i mało przyjemna, dlatego długo się nie zastanawialiśmy i poszliśmy szlakiem przez miejscowość Lupra. Nasza trasa była świetna, a widoki genialne – klimat tybetański, czyli mało drzew, brązowa ziemia i skały, ogromne przestrzenie. Kiedyś w tym miejscu było dno morza, a po zderzeniu półwyspu indyjskiego z Azją uległo wypiętrzeniu. Dlatego na dnie rzek i wąwozów można znaleźć skamieliny. Szukałem, ale mi się niestety nie udało. Lokalesi mają ich masę na swoich straganach, oni najwyraźniej wiedzą gdzie szukać :)
Po aklimatyzacji na Thorung La szło mi się bardzo dobrze, podejścia pokonywałem prawie biegiem. Kasi szło się trochę gorzej, głównie z powodu żołądka.
Pierwszą część trasy pokonuje się idąc przez wzgórza i małe przełęcze, a po dotarciu do wioski Lupra wchodzi się w głęboką dolinę z pionowymi ścianami – robi wrażenie.





 Ten punkcik w prawym dolnym rogu to Kasia

Po około godzinie marszu dochodzi się do trasy Muktinath – Jomson i z tego miejsca jeszcze godzinę do Jomsona. Zaraz za wioską Lupra dorwał nas bardzo silny wiatr, oczywiście w twarz, a jak doszliśmy do skrzyżowania dróg, do zestawu doszła ulewa. Ubraliśmy się w ciuchy przeciwdeszczowe i pognaliśmy do Jomson.
Na miejscu chwilę nam zajęło zanim znaleźliśmy hotelik w rozsądnej cenie (większość chciała skasować nas jak za pokój w Kathmandu albo nawet więcej), a następnie zajęliśmy się degustacją lokalnej jabłkowej brandy (tak na to mówią, ale to zwykły bimber jest).

Apple bimber

Wojtek i Iza postanowili zrobić jeszcze treking na ABC (Annapurna Base Camp), my postanowiliśmy polecieć do Pokhary, żeby Kasia jedząc trochę lepsze żarcie naprawiła żołądek. W międzyczasie mieliśmy się zastanowić co dalej – czy ABC czy EBC (Everest Base Camp). Ja oczywiście byłem za tą drugą opcją. Co prawda była znacznie droższa, trudniejsza, a do tego temperatury na tamtym treku w nocy były dużo niższe niż na Annapurna Circuit, ale być w Nepalu i nie zobaczyć najwyższej góry świata... Niestety Kasia mi się zbuntowała i powiedziała, że nie da rady. Za żadne skarby nie dała się namówić, więc musiałem odpuścić i zadowolić się ABC. W świetle faktów, które wypłynęły na ABC, to jednak chyba dobrze zrobiliśmy, że poszliśmy na Annapurnę, ale o tym w następnych relacjach.
U mnie pozostał straszny niedosyt i kiedyś będę musiał znowu tu przylecieć i tym razem podejść pod Everest, a może na? Kto to wie :)

środa, 23 maja 2012

2012.04.13 – 2012.04.28 Annapurna Circuit Trek - część I

Trek trwał łącznie 16 dni, opisanie tego w jednym rzucie jest ciężkie, a czytanie pewnie jeszcze trudniejsze. Dlatego żeby zaoszczędzić wam i sobie trudu opis wrzucę w kilku częściach. Poniżej część pierwsza zawierająca pierwsze 7 dni.

2012.04.13 – Dzień 0: Kathmandu (1300 m) – Besi Sahar (760 m) – Bhulbule (840 m)

Zerwaliśmy się wcześnie rano i pojechaliśmy na dworzec skąd o 6:00 miał wyruszyć nasz wesoły autobus. Obsługa autobusu to kierowca plus dwóch pomagierów. Wyjechaliśmy jak zwykle z lekkim opóźnieniem, które systematycznie zwiększaliśmy już do końca podróży. Zastosowano w tym celu następujący repertuar środków:
  • zatrzymywanie się na każdym skrzyżowaniu i pertraktacje cen biletów
  • wrzucanie wszystkich gratów potencjalnych pasażerów do środka lub na dach autobusu, a dopiero potem negocjowanie ceny przejazdu, dzięki czemu marnowano czas na ponowne wyładowanie gratów gdy strony negocjacji nie osiągnęły konsensusu, jest to jeden z bardziej efektywnych sposobów zwiększania opóźnienia, bardzo często stosowany
  • ładowanie zestawu meblowego jednego z pasażerów na dach
  • po przyjechaniu na ostatni przystanek pasażera z zestawem meblowym, rozładunek całego zestawu meblowego z dachu i przeniesienie do jego domu, wraz z „szybkim” poczęstunkiem herbatą w ramach podziękowań
  • zakupy owoców na lokalnym markecie na trasie
  • dwa postoje na posiłek
Nasza rakieta do Besi Sahar

Jedną z ciekawszych akcji po drodze była próba wyłudzenia od nas dodatkowej opłaty za bagaż – najpierw zaczęło się od 250 rupii za osobę (za bilet za dwie osoby zapłaciliśmy 360 rupii). Grzecznie odpowiedziałem, że nie płacę za bagaż ponieważ jest w cenie biletu. Pan się obruszył, powiedział coś drugiemu i razem zaczęli mnie przekonywać, żebym zapłacił. Powiedziałem, że mogę zapłacić pod warunkiem, że wypiszą mi oficjalny bilet na bagaż – nie zgodzili się. Po jakimś czasie zaproponowano nam 250 rupii za nas dwoje, ponownie powiedziałem, że nie płacę i znowu był spokój. Pod koniec jazdy gość powiedział, że w ostateczności zadowoli się stówką za naszą dwójkę, ale na to też się nie zgodziłem – to, że jestem biały nie znaczy, że jestem głupi ;)

Dzięki bogatemu repertuarowi przedstawionemu wcześniej odcinek 120 km pokonaliśmy w zaledwie 9 godzin. Planowaliśmy, że dotrzemy do Besi Sahar koło 12, góra 13 i ruszymy na piechotę do Bhulbule. Jednak w związku z takim opóźnieniem i zmęczeniem po długiej i męczącej podróży postanowiliśmy znowu skorzystać z autobusu, w którym spotkaliśmy sympatyczną parkę z Polski – Jacka i Agnieszkę, którzy wybrali się tu aby spędzić urlop.

W autobusie, jak to w autobusie, było wesoło i ciasno. W pewnym momencie, gdy autobus zatrzymał się, żeby zabrać dodatkowych kilka osób, wpadłem na pomysł, żeby przenieść się na dach – strzał w 10! Przyjemny powiew, piękne widoki i świetny klimat, tylko trochę rzucało i czasami przewody zawieszone nad drogą wisiały zbyt nisko - jak miały izolacje, to podawaliśmy je sobie z rąk do rąk, jak nie miały, to wszyscy wypłaszczali się na dachu, żeby tylko ich nie dotknąć :)


Po dojechaniu na miejsce znaleźliśmy przyjemną kwaterkę i zjedliśmy z Wojtkiem i Agą kolację gadając o planach trekingowych. W naszym guesthousie był jeden bardzo śmieszny dziadek, do którego obowiązków należało mycie garów. Musiał chyba sobie przy tym coś przypalać, bo co chwilę zanosił się głośnym i bardzo zaraźliwym śmiechem :)

Gdzieś w połowie kolacji rozpadał się konkretny deszcz z naprawdę konkretnym gradem, ale lokalesi nas uspokoili, że takie mocne opady pojawiają się głównie późnym wieczorem, a w ciągu dnia powinno być raczej bezdeszczowo, raczej.


2012.04.14 – Dzień 1: Bhulbule (840 m) – Bahudanda (1310 m) – Jagat (1300 m)

Na szlak wyruszyliśmy o 8 rano, a już było nieznośnie gorąco. Na samym początku droga rozdziela się – lewą stroną doliny biegnie szersza trasa dla jeepów, jest dość płaska i łatwa, natomiast prawą idzie stary pieszy szlak, który co chwilę wznosi się na jakieś wzgórze, a potem opada w dolinę, jest trudniejszy, ale za to ciekawszy widokowo. My poszliśmy prawym.

scenka z mijania się na moście ze zbiornikiem na wodę


Po paru godzinach marszu trafiliśmy na dwie starsze babeczki targające drewno. Wyprzedziłem je (a co!), wyciągnąłem aparat, przykucnąłem i cyknąłem parę fotek. Gdy już były blisko mnie, jedna podeszła i powiedziała: „no money, no photo” (tekst ten mówią wszyscy lokalesi w większych miastach, żeby wyciągnąć kaskę od turysty) i wyciągnęła rękę, ja zrobiłem głupią minę, bo mnie zaskoczyła, a ona, razem z drugą, zaczęły rechotać :) Pośmialiśmy się chwilę razem, po czym pozdrowiliśmy się po lokalnemu „namaste” i ruszyliśmy dalej. Jednak nie wszyscy lokalesi są pazerni na pieniądze turystów.



no money, no photo! ;)

nie spotkaliśmy Yeti, ale za to był Człowiek-krzak zwany też Bushmenem

Ok. 12 po pokonaniu dość sporego wzniesienia dostaliśmy się do Bahudanda. Byłem już straaasznie głodny, więc postój na lunch był obowiązkowy. W międzyczasie dogonili nas Jacek z Agnieszką, napili się z nami herbaty i popędzili dalej. Niestety zaczęło zanosić się na deszcz, a plan minimum, czyli Ghermu, nie został jeszcze osiągnięty, więc po zjedzeniu konkretnej porcji makaronu z warzywami szybko wystartowaliśmy dalej. Po pół godzinie już padało, poubieraliśmy się w kurtki przeciwdeszczowe i twardo szliśmy dalej. Szliśmy szybko, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce i w pewnym momencie, na półce skalnej, jeden z badyli, które mijałem zaczął się ruszać. Odskoczyłem i zobaczyłem, że mija mnie 2-3 metrowy żółty wąż, który najwyraźniej grzał się na ciepłych jeszcze kamieniach, po chwili zniknął w krzakach, uff.

Po kolejnych kilku godzinach marszu dotarliśmy do Ghermu i spotkaliśmy Jacka i Agnieszkę suszących się w jednym z guesthouseów. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, popiliśmy herbatę z cytryną i imbirem, a w międzyczasie deszcz powoli ustępował. Gdy deszcz już znacznie zelżał zdecydowaliśmy się ruszyć dalej do Jagat. Dojście tam zajęło nam chyba 1,5h. Zajęliśmy pokoje w bardzo fajnym guesthousie wiszącym nad samym urwiskiem na początku wioski, po prawej stronie. Widok z okna był konkretny. Zaraz po przyjściu, wskoczyłem pod prysznic, który miał być gorący, ale okazał się lodowaty. Na szczęście jeszcze byłem rozgrzany po marszu, więc nie zamarzłem. Dopiero jak wyszedłem spod prysznica i poskarżyłem się, że woda była zimna, pani poinformowała mnie, że ciepła woda jest, ale w kabinie na piętrze, a nie na parterze... Reszta ekipy wykąpała się na piętrze :)

guesthouse w Jagat


Późnym wieczorem, gdy raczyliśmy się piwkiem, do Jagat dotarła jeszcze jedna parka z Polski – Wojtek i Iza. (Prawdziwa kumulacja rodaków w Himalajach! :). Wojtek z Izą to długodystansowi podróżnicy, którzy rzucili swoje prace w PL i ruszyli w podróż dookoła świata. Jeżdżą od stycznia tego roku, a w Nepalu siedzą już od miesiąca, głównie w rejonie Everest Base Camp, a teraz postanowili zaliczyć Annapurna Circuit Trek.


2012.04.15 – Dzień 2: Jagat (1300 m) – Tal (1700 m) – Dharapani (1995 m)

W związku z tym, że pogoda regularnie zaczynała psuć się koło południa, postanowiliśmy wyruszyć wcześnie rano dlatego wystartowaliśmy już o 7 zaraz po śniadaniu. Trasa była bardzo malownicza, co chwilę mijaliśmy spore karawany osiołków targających rzeczy w górę i w dół szlaku, było kilka ładnych wodospadów i całkiem strome podejście do Tal, na którym napatoczyliśmy się na porterów wnoszących linę na budowę mostu podwieszanego. Lina musi być oczywiście transportowana w całości, więc każdy z gości ma na plecach kilka zwojów tej liny, a wszyscy są nią połączeni – z pewnością, nie ułatwia im to zadania, bo czasami kilku z nich musi zasuwać pod górę bokiem. Niestety tego dnia pogoda zepsuła się grubo przed południem i cały czas szliśmy w deszczu – raz mocniejszym, raz słabszym.

twardziele wnoszący ciężką linę na budowę mostu



W Tal zatrzymaliśmy się na lunch w knajpce po lewej stronie, mniej więcej naprzeciwko Safe Water Drinking Station. Wizyta w tej knajpie wpłynęła znacząco na naszą kondycję i niestety zmieniła dalszy plan treku.
Zjedliśmy po Dal Bhat lokalnym daniu, na które składa się ryż z ziemniakami z curry i zupa z soczewicy. Ponieważ byliśmy mocno głodni, a Kasię bolało gardło dorzuciliśmy sobie jeszcze po zupce czosnkowej i pomaszerowaliśmy dalej. Za Tal zrobiło się jeszcze bardziej malowniczo. Ściany doliny zrobiły się mocno strome, a strumień bardziej porywisty.

 Dolina za Tal



 
ciekawski dzieciak z Karte

niektóre mosty były w kiepskim stanie ;)
 
Koło 15tej dotarliśmy do docelowej miejscowości czyli Dharapani. Ja chciałem iść dalej, ale na szczęście dla nas Kasia zaprotestowała. Na szczęście, bo zaraz po wejściu do pokoju zrobiło mi się strasznie zimno i rozbolał mnie żołądek. Ubrałem się prawie we wszystko co miałem, wskoczyłem do śpiwora, a i tak telepałem się z zimna. Dolina, w której byliśmy ciągnęła się z północy na południe, więc słońce pojawiało się tu tylko na kilka godzin w ciągu dnia, dorzucając do tego wysokość prawie 2000 m efekt był taki że temperatura na zewnątrz była pewnie w okolicach 5 stopni. Właściciele guesthousów nie przejmują się raczej temperaturą w pokojach, więc nie mają one ogrzewana. Natomiast dbają bardzo o poprawną wentylację, w tym celu okna i drzwi mają spore szpary. Tą sytuację bardzo dobrze opisuje następujący wzór:

Tz = Tp

gdzie:
Tz – temperatura na zewnątrz
Tp – temperatura pokoju

:)

Dopiero wieczorem odważyłem się wyjść ze śpiwora i spróbowałem wcisnąć w siebie zupę warzywną, ale niestety zdołałem zjeść kilka łyżek, po czym poleciałem do toalety wymiotować. Po jakimś czasie doszło rozwolnienie i taki zestaw męczył mnie już cały wieczór i pół nocy. Koło pierwszej byłem już tak bardzo osłabiony, że mimo bardzo silnego bólu żołądka udało mi się zasnąć. Pamiętam, że przed zaśnięciem, w stanie pół snu zaczęły mnie dopadać czarne myśli, że będziemy musieli wycofać się z tego treku. Byłem tak osłabiony, że ciężko było mi dość do toalety, więc naprawdę bałem się, że to już koniec wyprawy i że będziemy musieli wynająć jakiegoś portera, żeby pomógł mi zejść z powrotem do Besi Sahar. Tej samej nocy Kasię też dopadła biegunka, ale bez wymiotów i bez delirium jak u mnie:) większym problemem w jej przypadku zaczęło być gardło, którego ból bardzo się nasilił.


2012.04.16 – Dzień 3: Dharapani (1995 m) – Bagarchhap (2160 m) – Timang (2750 m)

Obudziłem się koło piątej, żołądek bolał już dużo mniej i miałem trochę więcej energii, ale po nocy było mi strasznie zimno. Koło ósmej udało mi się nawet wcisnąć w siebie owsiankę, ale tak mnie to jedzenie zmęczyło, że musiałem się znowu położyć i odpocząć. U Kasi, z kolei, po zimnej nocy rozwinęła się infekcja gardła i też ją dopadło osłabienie. Leżeliśmy jak dwie ostatnie sieroty na łóżku i nie mieliśmy siły się nawet spakować, zaczynało się robić wesoło :)
W końcu zebraliśmy się w sobie, spakowaliśmy manatki i ok 10tej wyruszyliśmy na szlak z założeniem, że dojdziemy tam gdzie nam się uda. Po 10 minutach był check post (sprawdzali permity i karty turystów). Kasia miała więcej siły, więc weszła do środka załatwić formalności, ja usiadłem na schodach i zdychałem. Ruszyliśmy dalej, ale po jakiś 20 minutach musiałem znowu usiąść i odpocząć jakieś 15 minut, generalnie nie było najlepiej. Jednak po kilku takich 20 minutowych przemarszach jakoś się rozruszałem i w końcu mogłem iść w miarę szybko. Doszliśmy do miejscowości Bagarchhap, w której był sklep z lekami. Kupiliśmy lokalne tabletki na problemy żołądkowe i przeziębienie.

zdychanie pod permit check post


piękny wodospad, który zalał drogę (poniżej)


Po 5 godzinach od startu, po ciężkim jak na nasze obecne siły podejściu, dotarliśmy do miejscowości Timang. Ja czułem się już dużo lepiej i wolnym tempem mogłem jeszcze iść dalej, ale Kasie rozłożyło przeziębienie i jak tylko weszliśmy do pokoju to padła na łóżko i zasnęła. Kasia tak ma, że jak ją dopada przeziębienie, to jest bardzo osłabiona i śpi po 12 – 14 godzin na dobę.

2012.04.17 – Dzień 4: Timang (2700 m)

Ten dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i kurację. Kasia w ramach swojej spała przez pół dnia, ja po zaliczeniu wschodu słońca przez pół dnia czytałem książkę, a koło południa czułem się już na tyle dobrze, że postanowiłem przejść się na pobliski mało uczęszczany szlaku prowadzący na przełęcz Namun Bhanjyang. Oczywiście zabrałem ze sobą rolkę papieru toaletowego, która niestety parę razy się przydała :)
Wdrapałem się na wysokość 3500 m, dalej szlak był zasypany śniegiem i nie było żadnych śladów, więc zawróciłem do schroniska. Nie miałem żadnych objawów choroby wysokościowej, więc była szansa, że chociaż z tym nie będzie problemów. Dalej nie czułem się w pełni sił, ale było już o niebo lepiej niż dzień wcześniej.

 wschód słońca widziany z Timangu

2012.04.18 – Dzień 5: Timang (2750 m) – Chame (2670 m) – Bhratang (2850 m)

Kasia po przespaniu prawie całego poprzedniego dnia też już czuła się dużo lepiej, ale wciąż nie tryskała energią. Przyjęliśmy znowu założenie, że tam gdzie uda nam się dojść tam będzie dobrze i ruszyliśmy tempem emeryta. Po 4 godzinach dotarliśmy do Chame, było jeszcze dosyć wcześnie i mieliśmy siłę, więc ruszyliśmy dalej i po 2 godzinach stanęliśmy w Bhratang.

wielkie ptaszysko (chyba kondor) zrywa się do lotu

 most w Chame

szlak do Bhratanag


W Bhratang był tylko jeden guesthouse z dość brudnymi pokojami. Następna wioska była dopiero za 2h, a na tyle nie mieliśmy siły, więc musieliśmy zadowolić się tym co było.
W pokoju pod sufitem podwieszona była gruba folia, prawdopodobnie po to, żeby nie padało na głowę przez dziury w dachu. Folię tą wykorzystywały też lokalne myszy do przemieszczania się pod dachem. Wszystko ok, ale w nocy robiły sporo hałasu i nie dało się spać, ale na to też znalazłem patent – wystarczyło parę razy walnąć w folię kijkiem trekingowym i wszystkie myszy uciekały i nie wracały już przez kilka godzin. Kijek położyłem sobie koło łózka i jak tylko mnie budziły waliłem parę razy w folię i był spokój :) W ten sposób jakoś dotrwaliśmy do rana.

2012.04.19 – Dzień 6: Bhratang (2850 m) – Pisang (3300 m) - Ghyaru (3670 m)

Tego ranka czułem się już całkiem dobrze, pierwszy raz pojawił się apetyt i nie musiałem wciskać w siebie jedzenia – cudowne uczucie jak się zjada posiłek mając na niego ochotę :) Natomiast z Kasią dalej nie było najlepiej, bo przeziębienie nie ustępowało, a na dodatek po pamiętnym lunchu w Tal jej jelita przestały pracować. Widać zareagowaliśmy na niezbyt świeże jedzenie na dwa różne sposoby.
Po godzinie marszu Kasia opadła z sił, więc zrobiliśmy przerwę i zabrałem Kasi plecak, na siłę, bo nie chciała oddać. Mi już wróciła energia, więc szło mi się dobrze, nawet z dwoma plecakami, mimo że podejścia były strome, a wysokość też dość spora – ok. 3000 m. Kasia szła powoli, żeby nie zaziębić bardziej gardła.
Chwilę za postojem dotarliśmy do zakrętu, za którym pojawił się nieziemski widok - w tym miejscu grań zakręca, a zbocze góry jest jednolitą, płaską skałą. Całość wyglądała jak część ścianki gigantycznego leja.



 gigantyczny lej



 Dikur Pokhari
 


 pierwsze spotkanie z Annapurną II

W niecałą godzinę docieramy do Dikur Pokhari i parę minut później pierwszy raz widzimy Annapurnę II (7937 m) – jest piękna. Po kolejnej godzinie jesteśmy w Pisangu (3300 m), gdzie robimy przerwę na lunch (pierwszy lunch od zatrucia w Tal). Zjadamy po pysznej pizzy, zapijamy herbatą i ruszamy dalej.
Za Pisangiem droga rozchodzi się na dwie. Jedna biegnie lewą stroną doliny, jest dużo łatwiejsza, szersza, ma mniejsze przewyższenia i prowadzi przez lotnisko w Humde, oferuje gorsze widoki. Druga jest po prawej stronie doliny, jest dużo trudniejsza, ma spore przewyższenia, ale za to oferuje niesamowite widoki na masyw Annapurny. Mimo osłabienia Kasi postanowiliśmy iść tą drugą trasą. Trochę baliśmy się choroby wysokościowej, bo wioski na prawej trasie były na wysokości 3700 m, a powyżej 2500 m między noclegami nie powinno być więcej niż 600 m różnicy wysokości. Poprzednią noc spędziliśmy na 2850 m, więc kolejną teoretycznie nie powinniśmy spędzać wyżej niż 3450 m. Jednak była jeszcze młoda godzina i nie chcieliśmy kończyć dnia w Pisangu, więc podjęliśmy ryzyko. W ostateczności, gdyby dopadła nas choroba w Ghyaru na 3670 m, cofnęlibyśmy się do Pisangu.
Po pół godzinie spokojnego marszu prawym brzegiem rzeki docieramy do podnóża stoku góry, na zboczu której położona jest miejscowość Ghyaru. Do podejścia na oko było ok 300 m i było bardzo stromo. Szliśmy spokojnym tempem i zajęło nam to trochę ponad godzinę, ale gdy dotarliśmy na miejsce szczęka mi opadła z wrażenia! Mój ubogi, inżynierski słownik nie ma takich słów, które by wyraziły magię widoku, który stamtąd się rozciągał. Zrobiłem masę zdjęć, ale i one nie są w stanie oddać tej przestrzeni i ogromu gór. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy!

podejście do Ghyaru


Dorwaliśmy pokój w hotelu Yak Ru (pierwszy hotelik zaraz po wejściu do wioski, gorąco polecamy!) z ogromnym oknem na wprost Annapurny II. Był to najlepszy nocleg na całej trasie, nie dość, że widok z pokoju był po prostu niesamowity, to jeszcze właściciele byli strasznie serdeczni i mili, a jedzenie pyyyycha! Niestety Kasia nie miała okazji się o tym przekonać gdyż, do pary z przeziębieniem męczył ją ból brzucha spowodowany blokadą trwającą już od 4 dni. A... no i wrzątek kosztował rozsądne pieniądze – 80 rupii za litr, w hotelach wyżej i niżej cena nie schodziła poniżej 200 rupii!
Jedyny minus to brak ciepłego prysznica, ale za to zimny dobrze orzeźwiał :)

 penthouse z genialnym widokiem :)


Po przyjściu zamówiłem jedzenie i jedząc (tzn ja jadłem, a Kasia dziubała szarlotkę) rozkoszowaliśmy się chyba najlepszym widokiem ever!



Po kolacji Kasia poszła odsypiać chorobę do pokoju, ja zostałem i dałem się zahipnotyzować Annapurnie. Gapiłem się na nią, aż zapadły całkowite ciemności i zrobiło się bardzo zimno. Właściciele hoteliku rozpalili kozę w „świetlicy”, więc usiadłem żeby się trochę ogrzać (zmarzłem od tego siedzenia na zewnątrz) i pogadać z innymi trekerami. Była spora grupa młodych gości z Izraela i jeden Holender.


2012.04.20 – Dzień 7: Ghyaru (3670 m) – Mugje (3330 m) – Manang (3540 m)

Ustawiłem sobie budzik na 5 rano, żeby zobaczyć pierwsze promienie słońca padające na stoki Annapurny. Warto było wstać tak wcześnie, z resztą zobaczcie sami:


 pierwsze, ciepłe światło


 








Chwilę po tym jak wróciłem do pokoju usłyszałem głośny huk i zobaczyłem potężną lawinę pędzącą w dół północnej ściany Annaprurny II. Złapałem za kamerę i udało mi się kawałek nagrać.


Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Manangu. Kasi przeziębienie nie poprawiło się, co więcej po 5 dniach blokady nie mogła już praktycznie nic jeść. Na śniadanie wcisnęła w siebie tylko pół miski owsianki. Znowu zabrałem jej plecak i ruszyliśmy spokojnym tempem. Dotarliśmy na miejsce ok 14 i udaliśmy się prosto do lekarza – ból brzucha, który dokuczał Kasi stał się nieznośny i ledwo mogła iść. W Manangu jest przychodnia założona przez zachodnich lekarzy, którzy są tam w ramach wolontariatu. Tzn. dla turystów jest to płatna przychodnia, a cały dochód jest przeznaczany na utrzymanie placówki i leczenie ludności lokalnej. Gdyby nie ich placówka, lokalesi musieli by albo leczyć się na własną rękę albo schodzić 6 dni, a następnie łapać autobus do Pokhary.

 przepiękny widok na dolinę - po prawej u góry AII

Po oględzinach Kasia dostała tabletki na pogonienie i na przeziębienie. Lekarz zalecił jej żeby odpoczęła ze dwa, trzy dni w hotelu w Manangu. Ja czułem się już dobrze i nie za bardzo chciało mi się siedzieć w wiosce bezczynnie przez trzy dni, więć postanowiłem zrobić side trek do pobliskiego jeziora Tilichio leżącego na wysokości 4950 m, ta wyprawa zajmuje akurat 2 do 3 dni. Podobno to najwyżej położone jezioro na świecie, piszę "podobno", bo tych najwyższych jest kilka :)
Znaleźliśmy hotelik, zjedliśmy kolację i wyskoczyłem na chwilę na miasto rozejrzeć się. Już wracałem do hotelu gdy usłyszałem wrzask: „Pioooootreeeeek!!!”. Rozglądam się i widzę Wojtka stojącego na balkonie hoteliku i wrzeszczącego żebym wszedł do środka. Wszedłem i spotkałem całą bandę, czyli Wojtka, Izę, Jacka i Agę siedzących przy lokalnym bimbrze :) Myślałem, że po jednym dniu aklimatyzacji ruszyli już na przełęcz, ale okazało się, że Manang i okolice tak im przypadły do gustu, że siedzą łącznie już trzeci dzień zaliczając ciekawsze, jednodniowe side trecki. Jacek z Agą mają już kupiony wylot z Kathmandu do Polski, więc nie mogą pozwolić sobie na wydłużanie treku o kolejne dni. Natomiast Wojtek z Izą są bardziej wyluzowani czasowo i okazało się, że następnego dnia też chcą ruszyć na Tilichio lake. Ustawiam się z nimi na kolejny dzień i lęcę do hotelu spać, bo jestem dość zmęczony – cały dzień zasuwania z dwoma plecakami na wysokości 3500 m dał mi jednak trochę w kość.

Czy Piotrek, Iza i Wojtek dotrą do jeziora? Czy Kasia wyzdrowieje? Czy przełęcz zostanie zdobyta? Czy Steven jest bratem Alexis? Wszystkiego dowiecie się w następnym odcinku, cierpliwości :)