Mt Pinatubo
jest aktywnym wulkanem położonym ok. 100 km na północ od stolicy
Filipin - Manili. Jeszcze do niedawna był wyższy - mierzył 1745 m,
ale w czerwcu 1991 roku nastąpiła erupcja, w wyniku której cały
wierzchołek wulkanu wyleciał w powietrze. W trakcie tej erupcji Mt
Pinatubo wyrzuciło do atmosfery ok. 10 km3 magmy oraz 20 mln ton
siarki, słabo? Tak wielka ilość pyłu wulkanicznego w atmosferze
zredukowała ilość światła słonecznego docierającego na
powierzchnię ziemi o 10%! W wyniku tego średnia globalna
temperatura spadła o 0,5°C!
Mt Pinatubo straciło wtedy 260 m (obecnie ma wysokość 1486
m) w ten sposób w miejscu wierzchołka powstał krater wypełniony
jeziorem.
Będąc na
Filipinach nie mogliśmy odmówić sobie obejrzenia tego sławnego
wulkanu z bliska, czasu jak zwykle było mało, ale dla chcącego nic
trudnego.
Z Cebu
wystartowaliśmy wcześnie rano – o 7:15 byliśmy już w powietrzu.
Plan był taki, żeby jak najszybciej dostać się z lotniska Clark
(na północ od Manili) do wioski Santa Julia, kupić permity i
ruszyć na piechotę pod górę, zanocować po drodze w obozie i
kolejnego dnia ruszyć na szczyt i jeszcze tego samego dnia wrócić
na noc do Santa Julia. Mieliśmy wciąż czołówki, więc plan był
realny.
Wylądowaliśmy
o 9 i wskoczyliśmy do jeepneya (takie przedłużone jeepy, siedzi
się z tyłu, na ławach ustawionych wzdłuż kierunku jazdy).
tak wyglądają jeepneye
Kasia w środku jeepneya
Przemieszczanie
szło nam całkiem sprawnie i już o 12 byliśmy w wiosce. Wpadamy do
biura turystycznego, żeby kupić permity, a miła pani odpowiada że
nie ma już czegoś takiego jak zdobywanie szczytu na piechotę i
teraz są tylko i wyłącznie wycieczki jeepami 4x4, a potem 2 – 3
godziny trekingu z przewodnikiem do góry i tyle samo w dół do
postoju jeepów. Szczęka nam opadła, ale nie daliśmy za wygraną i
kłóciliśmy się, że chcemy iść na piechotę, w końcu kurde
jesteśmy w górach! Pani była niezwyciężona, więc musieliśmy
przystać na opcję z jeepem – partyzantka jak na ABC nie wchodziła
w rachubę – teren wokół Pinatubo jest terenom wojskowym i jest
pełno checkpointów. Złapanych bez permitu mogli potraktować jako
szpiegów i rozstrzelać na miejscu ;)
Jakby tego
było mało, okazało się, że wycieczki ruszają do 9 rano, więc
mieliśmy do zabicia cały dzień w wiosce, w której psy d**pami
szczekają :/
Zaklepaliśmy
wycieczkę na 6 rano, za to ograniczenie przyjemności chodzenia po
górach przez przejazd blachosmrodem musieliśmy zapłacić 4000 peso
za naszą dwójkę :/ Znaleźliśmy nocleg i ruszyliśmy „w
wioskę”. Nie pozostało nam nic innego jak napić się na smutno.
Co to się stało z tymi ludźmi w Azji, że zepsują każdą okazję,
żeby się człowiek mógł zmęczyć chodząc po górach?
Nie było
jednak aż tak tragicznie, bo w knajpie, w której zaglądaliśmy do
kieliszka, chyba żeby nas rozweselić odpalili karaoke. Tu mała
dygresja – karaoke jest na Filipinach sportem narodowym. Śpiewają
wszyscy, wszędzie i o każdej porze. Poprzednią noc np. śpiewała
jakaś strasznie fałszująca dziewczyna. Śpiewała do 11 w nocy, a
potem zaczęła znowu koło 2, zaraz koło naszego hotelu :)
Wróćmy
jednak do naszej knajpy i karaoke. Najpierw śpiewali lokalesi, a
potem zaczęli nas zachęcać do tego, żebyśmy i my zaśpiewali.
Śpiewaliśmy, a co! Szło nam tragicznie, ale niewiele gorzej od
lokalesów, więc była kupa śmiechu. Kasia nawet podstępnie
nagrała mnie na kamerę, a ja się jej odwdzięczyłem, ale nie
zamieszczę tutaj tych filmików, bo teraz jestem trzeźwy i mi wstyd
:)
Następnego
dnia rano zerwaliśmy się o 5:30 i z lekkim bólem głowy o 6 rano
ruszyliśmy na „trek”(wystartowaliśmy tak wcześnie, żeby nie
tracić za dużo czasu w jednym miejscu i jeszcze tego samego dnia,
po treku, ruszyć na południe do Anilao). Jeep wiózł nas przez
jakieś 1,5h, po czym wysadził nas przy małej budce w dolinie rzeki
spływającej z krateru. Tempo mieliśmy dobre i na szczyt zamiast
obiecanych dwóch godzin szliśmy godzinę, ale za to widok na górze
był piękny!
nasz obowiązkowy jeep
to wszystko co widać to pył, który opadł po erupcji
Po kąpieli
w jeziorze zjedliśmy prowiant (z przyzwyczajenia tuńczyk :) i
ruszyliśmy z powrotem. Gdy po godzinie marszu i półtorej godzinie
jazdy jeepem dotarliśmy do St. Julia było jeszcze przed południem
i były spore szanse, że do końca dnia zdążymy dojechać do Anilao. Zgarnęliśmy plecaki i ruszyliśmy w 200 kilometrową trasę na południe.
W LP piszą, że dla osób
bez aklimatyzacji wysokościowej treking na Annaurna Base Camp
położonego na wysokości 4130m.n.p.m, zajmuje jakieś 9 do 11 dni.
My wiedzieliśmy, że możemy wdrapywać się nie marnując dni na
aklimatyzację, którą już zdobyliśmy na poprzednim treku, zatem
obliczyliśmy, że powinniśmy zrobić tą trasę w jakieś 7 dni.
Z położonego na
wysokości 1100 m.n.p.m Phedi wyruszyliśmy ok południa z
zamierzeniem, że tak do 18 spokojnie możemy iść. Jednakże już
po 2,5 godzinie okazało się że na dziś koniec zabawy.
Pojawił się problem
natury administracyjnej. Na bramce wjazdowej do obszaru chronionego
woków Annapurny, panowie bramkarze postanowili, że nie przepuszczą
nas przez check-point.
A cała sytuacja wyglądał
następująco: kiedy szliśmy na pierwszy trek wyrobiliśmy wszystkie
niezbędne przepustki i pozwolenia, wydając na nie kupę pieniędzy.
Pozwolenie na przebywanie w obszarze Annapurny jest jednorazowe tzn.
że można tam siedzieć np. rok na jednej przepustce, ale jak się
opuści region i pojedzie np. na 1 dzień do Pokhary to trzeba
wykupić kolejny permit, który od osoby kosztuje 100 PLN. Ponieważ
bramka nie byłą położona na samej granicy parku, ale kilka
kilometrów w głębi obszaru Annapurny, wiedzieliśmy że możemy
utrzymywać, że nigdy nie opuściliśmy obszaru. Okazując permity
powiedzieliśmy strażnikom, że wracamy z trekingu wokół Annapurny
tylko niekonwencjonalną trasą i robimy poboczne treki. A strażnicy
na to że ściemniamy i że na pewno byliśmy w Pokarze. Faktycznie
mieli rację, ale nie mogli nam udowodnić, że opuściliśmy obszar,
więc my trzymaliśmy się własnej wersji wydarzeń. I taka wymiana
racji i argumentów trwała ponad godzinę. Jednak nepalscy bramkarze
są niebłagani! Uparli się, że nas nie wpuszczą i koniec! Albo
zapłacimy 8000 rupi czyli 400 PLN albo możemy spadać i wracać do
Pokary. Wkurzeni i zmęczeni całą sytuacją i nerwową dyskusją w
końcu postanowiliśmy zawrócić. 10 min poniżej bramek był
maleńki rodzinny hostelik, w którym usiedliśmy aby przeanalizować
nasze położenie. Doszliśmy do wniosku, że nie zapłacimy
bramkarzom 8000 rupi i nie chce się nam jechać do Pokary po nowy
permit, tym bardziej że formalnie ten który mieliśmy był ważny,
bo nie dostaliśmy żadnej pieczątki wylatując z Jomson.
Postanowiliśmy obejść jakoś miejsce kontroli, ale po wstępnym
rozeznaniu terenu okazało się, że bramki są położone w
strategicznym miejscu i z jednej i z drugiej strony jest strome
porośnięte drzewami zbocze, którym nie koniecznie mieliśmy ochotę
się przeprawiać. Wymyśliliśmy w końcu, że najlepiej będzie
przejść przez bramki w nocy, kiedy strażnicy będą spali. Plan
został jednogłośnie przegłosowany i postanowiliśmy, że o 3 w
nocy wyruszymy z latarkami i prześlizgniemy się pod nosem
strażników. O 3.30 nad ranem na paluszkach i przy zgaszonych
latarkach przedreptaliśmy przez uśpione miasteczko i opustoszały
check-point. Mission accomplished! Mogliśmy spokojnie kontynuowań
trek, a 8000 rupi zostało w naszej kieszeni!
relacja z akcji na gorąco :)
Dzień 2: Pothana (1890
m) – New Bridge (1340 m) - Chhomrong (2170 m)
Tego dnia treking
zaczęliśmy o 3:15 w nocy, zatem zapowiadał się naprawdę dłuuuugi
dzień!
O 6 rano kiedy w końcu
postanowiliśmy zjeść śniadanie byliśmy już po prawie 3
godzinach marszu, a była dopiero 6 rano!!! Niestety na postoju
śniadaniowym analizując mapę zorientowaliśmy się, że w nocy nie
widząc oznaczenia szlaku pomyliliśmy drogę i zrobiliśmy spore
kółko. Punkt, w którym się znajdowaliśmy był w linii prostej
oddalony o jakąś godzinę marszu od punktu wyjścia – a my
okrężną drogą dotarliśmy tu po 3 godzinach. Trudno, ale w końcu
godzina była młoda, więc mieliśmy przed sobą jeszcze cały
dzionek treku.
Dzień był piękny!
Fantastyczna pogoda i cudowne widoki.
Nie można również
pominąć interesującego faktu, że wzdłuż szlaków prowadzących
do ABC rośnie prawdziwe dobrodziejstwo krzaków marihuany. Konopie
indyjskie są tutaj pospolitym chwastem. Zresztą sama nazwa
„samosiejka” dobrze oddaje charakter tej roślinki, która rośnie
dosłownie wszędzie!
Ok 12 wdrapaliśmy się
już 1780 m.n.p.m i dość mocno zmęczeni stromym podejściem
postanowiliśmy zjeść nasz standardowy zestaw lunchowy: puszka
tuńczyka + makaron z warzywami. Posiliwszy się, zeszliśmy szlakiem
w dół do koryta rzeki gdzie wypływało gorące źródło i
zaliczyliśmy ponad godzinny relaksik w gorącej kąpieli. Ja
konsekwentni siedziałam w sadzawce, podczas gdy Piotrek nie mogąc
wytrzymać wysokiej temperatury co 5 min, biegał do lodowatej,
rwącej, górskiej rzeki i wskakiwał tam na parę sekund, żeby się
schłodzić.
ciepłe źródła
zimne źródła
Po ponad godzinie w takim
ukropie byłam kompletnie wykończona. Gorąca kąpiel jest bardzo
relaksująca, ale przy okazji wysysa z człowieka całą energię, a
tu jeszcze trzeba było się wdrapać na 2200. No ale zagryzłam zęby
i powoli zaczęliśmy ostatnie tego dnia podejście do miejscowości
Chhamrong. Po godzinie z kawałkiem byliśmy na miejscu. Była 15.30
i stwierdziliśmy, że dzisiejszy 12 godzinny treking możemy
zakończyć właśnie tutaj. Za pozostaniem w Chamrong przemawiał
również widok na przepiękny szczyt Fishtail, który mogliśmy
kontemplować z okien guesthousowej knajpki.
Relaksując się przy
piwku i kolacji dostaliśmy smsa od Wojtka i Izy, że właśnie
dotarli do Chhamrong. Zatem nasza trekingowa ekipa znowu była w
komplecie:)
świętowanie udanej akcji nocnej i długiego dnia
Machhapuchhre (Fishtail) 6997 m
Dzień 3: Chamrong (2170
m) – Bamboo (2810 m) – Deurali (3230 m)
Tym razem wystartowaliśmy
nieco później gdyż ok. 8 rano. Po śniadaniu złapaliśmy się z
Izą i Wojtkiem i po uzupełnieniu zapasu tuńczyków w lokalnym
sklepiku wymaszerowaliśmy w kierunku ABC. Dzień znowu był
przepiękny. Szlak raz wznosił się raz opadał, więc marsz był
dosyć męczący, ale widoki rekompensowały zmęczenie. Po
przekroczeniu 2500 m, krajobraz z tropikalnego zaczął stawać się
wysokogórski. W pewnym momencie weszliśmy w przepiękną dolinę,
nad którą zawieszone były masywne skały, które systematycznie
rosły przemieniając się w ośnieżone szczyty.
Prawdziwe Himalaje! :)
Planowaliśmy, ze tego
dnia nasz marsz zakończymy w miejscowości Himalaya, położonej na
wysokości 2920m. Kiedy dotarliśmy do Himalaya była już 15.30, a
pogoda gwałtownie zaczęła się zmieniać i zaczął padać dość
intensywny deszcz. Niestety, zostaliśmy zmuszeni do zweryfikowania
planów i ruszyliśmy dalej w kierunku Deurali. Bezpośrednią
przyczyną zmiany naszych planów byli opryskliwi i aroganccy
właściciele guest housów, którzy śmiejąc się nam w twarz
zażądali wygórowanej ceny za pokoje. Wiedzieli że jest już
późno, pada deszcz, a do następnej miejscowości jest 2 godzinne
strome podejście i bezczelnie wykorzystali tą sytuację myśląc że
przystaniemy na ich warunki. Ale niestety dal niech trafili na
twardych zawodników:)
Oczywiście nie daliśmy
im zarobić i rzuciwszy w ich kierunku kilka zgryźliwych uwag
ruszyliśmy dalej. Po godzinie bardzo szybkiego marszu dotarliśmy do
Deurali, z którego pozostały już tylko 4 godziny do punktu
docelowego czyli ABC. Niestety zakwaterowanie w Deurali nie było
zbyt komfortowe, ponieważ wszystkie kwatery w tej miejscowości
zajęła koreańska wycieczka licząca jakieś 50 osób. Zajęliśmy
ostatni wolny 5cio osobowy pokoj, w którym śmierdziało stęchlizną
i grzybem :/
Ja tego wieczoru nie
czułam się zbyt dobrze, już od kilku godzin męczył mnie ból
brzucha, więc nawet nie mogłam zjeść kolacji. A to był dopiero
początek prawdziwej męczarni jak mnie czekała.
Dzień 4: Deurali (3230
m) - ABC (4130 m)
Z Deurali wyruszyliśmy
jako ostatni:) Zdyscyplinowana koreańska armia wyruszyła ok 5 rano!
Po wieczornych i nocnych problemach żołądkowych nie byłam w
najlepszej formie i wlekłam się z tyłu z moim i tak lekkim
plecakiem. Byłam naprawdę słaba, aż w końcu wkurzona tym, że
muszę się tak męczyć zrobiłam scenę, ściągnęłam plecak i
rzuciłam nim o skałę :) Piotrek widząc tą histeryczną akcję
bez mrugnięcia okiem wziął mój plecak i powlekliśmy się dalej w
kierunku ABC.
Na trasie do ABC
musieliśmy przejść wzdłuż strefy schodzenia lawin. Ponieważ
lawiny zazwyczaj schodzą kiedy słońce zaczyna topić śnieg,
zaleca się pokonywanie tego odcinka do godz 10. My byliśmy parę
minut przed 10, więc było ok :) Faktycznie znaki przestrzegające
przed ryzykiem lawin nie zostały umieszczone na trasie
bezpodstawnie, gdyż po przejściu niebezpiecznego odcinka za nami
zeszły dwie lawiny. Na szczęście były stosunkowo małe i nie
dosięgły ścieżki, po której się poruszaliśmy.
oj tam oj tam :)
ta lawina już nie była groźna :)
schodząca lawina
Moje tempo marszu nie
było tego dnia zbyt imponujące, zatem Iza z Wojtkiem popędzili
przodem i mieliśmy się spotkać się w ABC. Powolutku, ale
systematycznie pokonywałam kolejne etapy trasy, aż w końcu
dotarliśmy do ostatniego odcinka wiodącego już do obozu. Ku mojemu
ogromnemu zadowoleniu podejście okazał się bardzo łagodne i można
było spokojnie i bez nadmiernego wysiłku pokonać ostatnie 2
kilometry trasy. Jedynym problemem zaczęła być pogoda, gdyż na
tym odcinku weszliśmy w zawieszone nisko chmury. Zrobiło się
bardzo mgliście i zaczął sypać śnieg. I nagle z mgły wyłaniają
się Iza z Wojtkiem i wcale nie idą w kierunku ABC tylko schodzą w
dół. Zdziwieni pytamy ich co się stało??? Dlaczego schodzą???
Wojtek mówi, że w okolicy obozu dostał silnego ataku choroby
wysokościowej. Do tego stopnia, że na całym ciele ogarnęły go
ciarki i stracił kontrolę nad kończynami. W tej sytuacji
rozwiązanie jest tylko jedno – odpocząć chwilę, a jak już
odzyska się jako taką kontrolę nad ciałem – zasuwać w dół.
Podobno Wojtek miał już wcześniej podobne ataki, więc
przynajmniej nie było to dla niego totalne zaskoczenie i wiedział
jak się zachować, problem w tym, że u niego nie ma żadnych
sygnałów ostrzegawczych – jest ok, a po chwili już nie jest ok.
Iza stwierdziła że muszą się wycofać, zejść do najbliższej
wiochy i dać Wojtkowi czas na aklimatyzację i najprawdopodobniej
uderzą do ABC jutro z samego rana. Umówiliśmy się, że poczekamy
na nich na górze.
1 godzinę od celu
Do obozu doszliśmy ok 2
po południu, ja nie jadłam już od 24 godzin więc byłam potwornie
głodna. Pomimo bólu żołądka postanowiłam skusić się na
Dalbat. Jadłam łapczywie i nawet wzięłam dokładkę gdyż w
trakcie posiłku mój żołądek reagował pozytywnie na ciepłą
zupkę i ryż.
Do czasu... Jakieś 20
minut później znowu zaczęła się męczarnia! Dostałam potwornych
boleści i na jakąś godzinę zablokowałam toaletę w obozie :) Po
całej „akcji” byłam już kompletnie wykończona, cały czas
miałam dreszcze zimna i potwornie bolesne skurcze żołądka. W
całym ekwipunku (z wyjątkiem butów :), który miałam na sobie
wlazłam do śpiwora, przykryłam się kocami i ok 17 poszłam spać.
Starałam się spać w zimnym pokoju, jednak bolesne skurcze co
trochę wyrywały mnie z tej drzemki. W takim stanie dotrwałam do
rana.
Dzień 5: ABC (4130 m) –
Bamboo (2810 m)
Piotrek już o 5 rano
zerwał się żeby zrobić zdjęcia wschodu słońca. Ja poleżałam
jeszcze do 7 gdyż perspektywa wyjścia z ciepłego śpiworka na
trzaskający mróz (w pokoju też było grubo po niżej zera) trochę
mnie przerażała. Ale w końcu przełamałam się i wygramoliłam
się z pokoju. Było warto! Pogoda był cudowna! Świeciło słońce
i zaczynała się robić coraz cieplej. Pokręciliśmy się zatem po
okolicy i zrobiliśmy trochę zdjęć:)
Annapurna I
psie gniazdo :)
wschód słońca na ABC
Annapurna I i jej
lodowiec
Nasz pokój na ABC (przynajmniej drzwi miały porządną kłódkę ;)
skok w przepaść I
skok w przepaść II
Guest house na ABC
Ok 9 rano, wróciliśmy
na główny placyk w obozie, a tam na stole leży rozciągnięty
Wojtek, ciężko dyszy i przewraca się z boku na bok. Właśnie
przed chwilą po dojściu do obozu dostał ataku. Ponieważ nie ma
czucia w nogach nie może zacząć schodzić, tylko leży i mamrota!
Wkurzona całą sytuacją Iza, zaczyna go ściągać i w końcu po
kilkunastu minutach Wojtek niepewnym krokiem wsparty przez Izę
zaczyna iść w dół. Biedactwo nawet nie pokontemplował widoków,
coś nie ma szczęści do ABC. Dziwna sytuacja gdyż na 5400 na
przełęczy nic się z nim nie działo a na 4100 organizm odmawia mu
posłuszeństwa. Wygląda na to, że nie można do końca przewidzieć
ataku choroby wysokościowej i dopada ona całkiem niespodziewanie, a
u Wojtak na dokładkę ma bardzo nieprzyjemne objawy. Iza i Wojtek
pośpiesznie ruszają w dół, my powoli zaczynamy się pakować i ok
10 również zaczynamy schodzić. Droga w dół jest łatwa i
przyjemna. Skurcze żołądka na razie ustąpiły zatem cieszę się
dniem i w miłych okolicznościach przyrody rozpoczynamy drogę
powrotną. W ABC Piotrek zaprzyjaźnił się z 2 skunksami, które
towarzyszą nam przy schodzeniu, dostarczając nam rozrywki.
Tablica przy wejściu na
ABC
Niepokonany zdobywca ABC
przyjaciele – skunksy
:)
szlak powrotny z ABC
Wojtek z Izą oznaczyli
dla nas szlak
gonitwa na śniegu
szajba
Po godzinie marszu
spotykamy Izę i Wojtka relaksujących się przy śniadanku i
herbatce. Też postanawiamy strzelić sobie relaks, gdyż słoneczko
przyjemnie przygrzewa, a widoki przednie.
Popas
Prawdziwy szczyt! A nie
jakaś popierdółka!
Widok na Himalaje od du##
strony!:)
Nieposkromieni zdobywcy:)
dolinka
Tego dnia postanowiliśmy
dotrzeć do miejscowości o nazwie Bamboo. Na początku szło mi się
dobrze, ale ok 13 byłam już bardzo głodna, gdyż znowu przypadało
ponad 20 godzin od mojego ostatniego posiłku. Tym razem skusiłam
się na talerz gotowanych ziemniaków. Wydawał się być niezbyt
inwazyjną potrawą. Byłam strasznie głodna więc zjadłam 4 spore
ziemniaczki i jak szybko okazało się, że muszę zapłacić za moje
łakomstwo. Po kilkunastu minutach znowu dostałam silnych boleści i
kolejna połowa dnia była już tylko walką żeby dojść do
wyznaczonego punktu. Bardzo zależało mi na tym żeby zejść jak
najszybciej, gdyż wiedziałam że po powrocie muszę udać się
prosto do lekarza, bo ból nasilał się i z każdym kolejnym dniem
byłam coraz bardziej wycieńczona. Ok 17 byliśmy na miejscu. Iza i
Wojtek postanowili iść dalej ponieważ byli w dobrej formie, a
chcieli jeszcze zahaczyć o gorące źródła.
Dzień 6: Bamboo (2810 m)
– Kimche (1640 m)
Na szczęście noc
upłynęła w miarę spokojnie. Rano obudziliśmy się ok 6.00
zjedliśmy śniadanko. Ja zdołałam wcisnąć w siebie jakąś 1/2
talerza owsianki, Piotrek jak zwykle musiał się najeść do syta,
zatem jego danie składało się z 2 omletów (4 jaj) 2 ciapat,
owsianki i jeszcze mojej owsianki:) no ale nie ma się co dziwić w
końcu od kilku dni targał cały czas dwa plecaki. Planem na dziś
było dojście już prawie na sam dół do miejscowości o nazwie
Kimche.
Trasa tego dnia była
dość wymagająca, bo mimo że start był o 1200 m wyżej niż meta,
to trasa po drodze wiła się w górę i w dół i łącznie było ok
1000 m podejść. Już po 40 minutach marszu zaczęły się bardzo
bolesne skurcze. Po pierwszym podejściu byłam już kompletnie
wykończona. Piotrek wziął mój plecak i po 20 minutach odpoczynku
poszliśmy dalej. Ja ze łzami w oczach ponieważ ból był
nieznośny. Postanowiłam, że już nic nie będę jadła, bo każdy
posiłek kończył się bólem, który trwał nawet do kilku godzin
zanim trochę zelżał. Ale problem polega na tym, że jak się nic
nie je to ciężko chodzić po górach – gdyż wymaga to naprawdę
sporych nakładów energii. W efekcie osłabiona bólem i bez zapasów
kalorii wlekłam się ledwo co, męcząc na każdym podejściu. Ale
wolno i systematycznie szłam cały dzień, często siadając na
środku szlaku, kiedy ból był już nie do wytrzymania. Po ponad 9
godzinach marszu dotarliśmy do celu. Byliśmy bardzo zadowoleni gdyż
był to dość ambitny cel nawet dla osoby w dobrej kondycji. A tu
proszę z bólem brzucha, a i tak udało mi się doczłapać:)
Oczywiście w tym miejscu należy się specjalny szacun dla Piotrka,
który przez ponad 8 godzin niósł na swoim grzbiecie 2 plecaki
(łącznie ponad 20 kg). Tego dnia nie robiliśmy zdjęć. Mamy tylko
jedno naszej kwaterki.
Nasz guest house w Kimche
Dzień 7: Kimche (1640 m)
– Nayapul (1070 m)
Z Kimche do Nayapul, z
której odjeżdżają autobusy do Pokhary pozostały już tylko 3
godziny marszu. Po półtorej godziny doszliśmy już do drogi, po
której od czasu do czasu przemykał jakiś jeep i już bardzo
łatwym szlakiem dotarliśmy na
sam dół :) Dzień był słoneczny, a okoliczne rowy porastały
bujne krzaczyska maryśki :)
największe
krzaki jakie widzieliśmy na szlaku
Piotrek
i Marysia
transport drobiu
Dzielny porter Piotrek
Na autobus czekaliśmy
parę minut, wskoczyliśmy i ruszyliśmy do cywilizacji, na spotkanie z lekarzem. Wyniki badań już w następnym odcinku :)
2012.04.21
– Dzień 8: Manang (3540 m) – Khangsar (3734 m) – Mursang (4100
m)
Wyruszamy na
dużym luzie dopiero koło 9. Idziemy na początku razem z Jackiem i
Agą, ale jakieś 15 minut za Manangiem nasze drogi się rozchodzą.
My odbijamy w lewo przez pola w kierunku mostu, a Jacek i Aga cisną
dalej w stronę przełęczy.
Szlak na
Tilichio Lake ma to do siebie, że często zdarzają się na nim
spore landslidey, które zasypują stary szlak albo zrywają mosty.
Ostatnio taki landslide zerwał jeden z mostów, więc oryginalna
ścieżka nie była dostępna i trzeba było kombinować idąc drugim
brzegiem rzeki. Przed wyjściem na ten szlak podpytaliśmy lokalesów
w Manangu którędy iść. Coś nam wytłumaczyli, ale ich słaby
angielski i niedokładna mapa skutkowały tym, że trochę
błądziliśmy i skakaliśmy z jakiś skarp, ale w końcu docieramy
do punktu, z którego w oddali widać most i wtedy już wiadomo jak
iść.
Po ok. 2
godzinach docieramy do Khangsar,
gdzie chcemy zrobić sobie krótką przerwę na herbatę.
Przechodzimy już prawie całą wioskę w poszukiwaniu jakiegoś
przyjemnego miejsca i nic. W końcu zagadujemy do kilku kobiet, które
kręciły się przed jakimś budynkiem i po chwili te kobiety
wciągają nas do środka. Wchodzimy do sporego, ciemnego
pomieszczenia, na środku którego jest palenisko i stoi kilka
ogromnych garnków, a wokół kręci się jeszcze więcej kobiet.
Dostajemy herbatę tybetańską (w ogóle nie przypomina to naszej
herbaty – jest słona, zawiera masło i chyba jeszcze mleko). Iza
czujnie pyta o cenę za kubek - lokalesi na szlaku są znani z tego,
że po wypiciu trunku potrafią walnąć cenę z kosmosu, a wtedy ma
się dość słabą pozycję negocjacyjną, no bo nie zwrócisz tego
co wypiłeś, chyba że się bardzo postarasz ;) Kobitki się
uśmiechnęły na pytanie Izy i powiedziały „free”. Iza
przyzwyczajona do tego, że turysta jest przez lokalesów traktowany
jak chodzący worek pieniędzy, zapytała „three? three zero?”.
Kobitki się roześmiały i powiedziały „no, for free, no money”,
a na dokładkę dały nam po tybetańskim chlebie. W końcu
trafiliśmy na miłych, przyjaznych lokalesów, można się było
odprężyć :) W środku tak miło, że siedzieliśmy tam prawie
godzinę. Okazało się, że tego dnia mają jakieś święto i z tej
okazji szykują dal bhat (ryż, zupa z soczewicy, ziemniaki z curry)
dla całej wioski. Namawiały nas żebyśmy zostali, ale mieliśmy
jeszcze kawał drogi przed sobą, więc musieliśmy odmówić. Było
to bardzo miłe przeżycie, jedno z lepszych na treku.
Naładowani
pozytywną energią ruszyliśmy dalej w stronę Tilichio Lake Base
Camp, ale niestety po godzinie marszu dopadła nas śnieżyca przed
którą schowaliśmy się w guesthouse w miejscowości Mursang
(4100 m). Pogoda nie poprawiła się już do wieczora, więc
postanowiliśmy zostać tu na noc, a następnego dnia wyruszyć
wcześnie żeby zaatakować Tilichio Lake i wrócić na nocleg do
Tilichio Lake Base Camp.
Pod wieczór, tuż przed zachodem słońca, wyłoniło się parę szczytów
2012.04.22
– Dzień 9: Mursang (4100 m) – Tilichio Base Camp (4150 m) –
Tilichio Lake (4920) – Tilichio Base Camp (4150 m) – Mursang
(4100 m)
Tego dnia
obudziłem się o 5 razem ze słońcem i wyszedłem zobaczyć jego
wschód. Znowu widok był nieziemski. Na tym treku, dla takich
widoków warto zarwać te poranne godziny snu.
Mieliśmy
piękną pogodę, żadnej chmurki na niebie, więc czym prędzej
zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy nad jezioro. Trasa po drodze była
przepiękna, ale też trochę niebezpieczna. Była założona na
bardzo sypkim podłożu, które wyglądało jakby tylko czekało aż
się na nie wejdzie żeby wtedy rozpocząć wycieczkę na dół. W
kilku miejscach z góry sypały się kamienie, czasami wielkości
pięści. Odcinki te trzeba było przechodzić bardzo szybko używając
plecaka jak tarczy, patrząc cały czas w górę czy akurat coś
większego nie leci. Parę razy przeleciał koło mnie większy kamyk
furcząc przy tym wściekle (spadając odbijał się od podłoża i
nabierał w ten sposób ogromnej prędkości obrotowej, stąd ten
dziwny dźwięk gdy przelatywał obok).
Po ok 2,5 h
marszu w tej pięknej scenerii docieramy do Tilichio Base Camp.
Jesteśmy już trochę głodni, więc zamawiamy makaron, żeby
posilić się przed trzygodzinnym wejściem. Niestety panowie w base
campie są bardzo nieogarnięci i zanim dostajemy makaron mija cenne
półtorej godziny, a po chmurach już widać, że szykuje się
zmiana pogody. Trochę wkurzeni tym straconym cennym czasem ruszamy w
górę, ale nie możemy się za bardzo śpieszyć, bo jesteśmy już
powyżej 4200 m, a tu, bez dobrej aklimatyzacji, zbyt szybkie tempo
może się skończyć nieprzyjemną chorobą wysokościową.
Szlak nad jezioro
Niektóre odcinki trzeba było pokonywać bardzo szybko, bo ziemia dosłownie uciekała spod nóg
Po dwóch
godzinach otaczają nas już całkowicie chmury i zrywa się
konkretny wiatr. Ostatnie pół godziny idziemy już w silnej
śnieżycy. Docieramy na miejsce i niestety nie jest nam dane
zobaczyć widoków znad jeziora. Pocieszamy się tym, że samo
jezioro i tak jest przykryte grubą warstwą śniegu i go nie widać,
ale szkoda widoku otaczających go szczytów. Zawracamy do base
campu, bo sypie z minuty na minutę coraz bardziej i to dość mokrym
śniegiem, który od razu wsiąka w ubrania.
jakom śnieg za bardzo nie przeszkadzał
nam trochę bardziej
w Tilichio Base Camp zastaliśmy taką płetwę na ścianie, brawo Polacy!
suszenie ciuchów
Gdy po 1,5
godzinie docieramy do base campu mam już mokre całe spodnie,
windstoper i polar. Na szczęście w „świetlicy” odpalona była
koza, więc rozbieram się do bokserek i podkoszulki i wieszam na
sznurkach swoje mokre ciuchy. W środku jest ze 20 osób, w tym
trójka Polaków, którzy szli z Manangu i których śnieżyca
dopadła na odcinku z landslidami. Zamawiamy makaron i pytamy o
pokoje – zostało tylko kilka łóżek w obskurnym, wilgotnym i
zimnym dormie, bierzemy - za bardzo nie mamy wyjścia. Po ok.
godzinie ubrania są już suche, a jedzenia wciąż nie ma. Czekamy
jeszcze pół godziny, w końcu zdenerwowani wpadamy do kuchni, a tam
prawie nic się nie dzieje, więc decydujemy się spakować manatki i
ruszyć w dół. Pytamy jeszcze poznanych Polaków jak wyglądał
szlak gdy zaczęło sypać – mówią, że lepiej, bo śnieg
przykrył kamienie i już nie lecą z góry. Jest 18, w najlepszym
wypadku mamy jeszcze godzinę światła dziennego, ale mamy ze sobą
czołówki.
Ruszamy.
Wokół nas są chmury, do tego szlak jest przykryty śniegiem i nie
widać dobrze którędy biegnie – trzeba iść na czuja. Po pół
godzinie weszliśmy na część z landslidami i tam o dziwo szlak
bardziej się wyróżniał spod śniegu. Szybkim tempem przeszliśmy
niebezpieczny obszar zanim zdążyło się całkowicie ściemnić,
dalej szliśmy już z czołówkami. Do hostelu w Mursangu, w którym
nocowaliśmy poprzedniej nocy dotarliśmy koło 20:30. Klimat w
trakcie tego przemarszu był genialny: cisza, mgła, ciemność,
padający śnieg, podświetlona przez czołówkę para z ust i
świadomość, że siedzi się w sercu największych gór świata.
2012.04.23
– Dzień 10: Mursang (4100 m) – Manang (3540 m)
W związku w
późnym przemarszem poprzedniego dnia, do Manangu mieliśmy blisko,
więc nie śpiesząc się wyruszyliśmy spokojnie w drogę powrotną.
Sypało całą noc, więc okolice były pokryte sporą warstwą śniegu. Dzięki temu, krajobraz był jeszcze piękniejszy niż poprzedniego dnia.
Po niecałych 3 godzinach byliśmy na miejscu. Zajrzałem do naszego
hotelu, ale Kasi nie było w pokoju. Miałem wrócić po południu,
więc prawdopodobnie wyszła gdzieś w okoliczne góry.
Kupiliśmy
po piwie i weszliśmy na dach hotelu Wojtka i Izy i zrobiliśmy sobie
relaks :)
Po
południu znaleźliśmy Kasię, po pierwszym dniu odpoczynku w
Manangu czuła się już znacznie lepiej - przeziębienie zmalało, a
jelita zaczęły pracować, więc nie próżnowała. Drugiego dnia
zrobiła trek w kierunku Ice Lake, ale na ok 4000 m złapała ją
śnieżyca (ta sama, która do nas dotarła gdy doszliśmy na
Tilichio Lake), więc musiała wracać. Trzeciego weszła na punkt
widokowy na zboczu Gangapurny.
Wieczorem
ustawiliśmy się na świętowanie imienin Wojtka, był lokalny
bimber, więc była fantazja :)
Don Corleone
Hans Klos
Smerfetka
Hanka Mostkowiak
2012.04.24
– Dzień 11: Manang (3540 m) – Yak Karka (4050 m) – Ledar (4200
m)
Okazało
się, że Iza zostawiła w Mursangu swój zeszyt, w którym notowała
wspomnienia od początku swojej wyprawy, czyli od stycznia.
Próbowaliśmy dodzwonić się do hostelu żeby przekazali notes
komuś kto będzie schodził do Manangu, ale nie dodzwoniliśmy się.
Iza nie miała innego wyjścia jak tylko iść z powrotem do Mursangu
i odebrać notes.
W związku z
tym, że Iza miała znacznie większy odcinek do pokonania tego dnia,
wyruszyła wcześnie rano, my się tak nie śpieszyliśmy i w
składzie Kasia, Wojtek i ja ruszyliśmy dopiero o 9.
Szło się
bardzo przyjemnie, nie mieliśmy żadnych problemów wysokościowych
i ok. 15 dotarliśmy na miejsce, Iza przyszła jakieś 2 godziny po
nas.
Spaliśmy w
pierwszym guesthouse w Ledar i stanowczo odradzam to miejsce.
Właściciele są strasznie niemili, po długich namowach rozpalili
kozę, ale drewna dołożyć już nie chcieli, więc zawinęliśmy
się do pokoi dość wcześnie. Do tego chcieli żebym zapłacił za
wypożyczenie dodatkowych koców. Po raz pierwszy spotkałem się z
czymś takim, więc uparłem się, że koc powinien być na
wyposażeniu pokoju. Musiałem się długo kłócić, żeby go w
końcu dostać.
2012.04.25
– Dzień 12: Ledar (4200 m) – Thorung Phedi (4450 m)
Dzisiaj
mieliśmy bardzo krótki odcinek, bo ok 2,5 godzinny i tylko 250
metrów w górę. Mogliśmy próbować iść dalej do High Campu
(4833 m), ale było ryzyko, że Kasi nie wyjdzie to na dobre – nie
była jeszcze na tej wysokości i przy pokonaniu 800 m jednego dnia
mogłaby mieć ciężką noc. Do tego na 4833 m jest już dużo
zimniej, szczególnie w nocy.
Od lewej: Annapurna III (7555 m), Ganggapurna (7454 m)
w drodze do Thorung Phedi
Z powodu
wysokości szło się trochę wolniej, szczególnie przy podejściach,
ale był to bardzo przyjemny wysyłek. Tym bardziej, że nagradzany
był przez całą drogę pięknymi widokami, pogoda była idealna -
piękne słońce i lekki wiaterek.
Thorung
Phedi okazało się bardzo przyjemną miejscówką. Właściciel i
obsługa byli przyjaźni, a jedzenie było bardzo dobre i o dziwo nie
było kosmicznie drogie.
Pies
właściciela okazał się być bardzo blisko spokrewniony z Chubacą
z Gwiezdnych Wojen.
Dzisiejszy
trek był krótki i czułem lekki niedosyt. Iza i Wojtek też.
Niestety nie było na mapie żadnych side treków, ale dla chcącego
nic trudnego. Wskazaliśmy palcem kilka skałek na zboczu góry jako
punkt docelowy i ruszyliśmy w ich stronę. Kasia postanowiła
zbierać energię na jutrzejszy „atak przełęczowy” i została w
pokoju.
Po godzinie
stromego podejścia doszliśmy do skałek, ale jeszcze nam było mało
i ruszyliśmy wyżej wskazując kolejne skałki. W ten sposób,
wyznaczając sobie ciągle nowe punkty w których „już na pewno
wracamy” doszliśmy do wysokości 4800 skąd było widać High
Camp. Zaczęło mocno wiać i zrobiliśmy się bardzo głodni, więc
tym razem już zawróciliśmy, chociaż kolejne skałki pojawiły się
na horyzoncie i baaaardzo kusiły :)
w dole Thorung Phedi
w oddali High Camp
Po zejściu
tradycyjnie już do końca dnia graliśmy w karty i czoło :) Natomiast noc była najzimniejsza z dotychczasowych, minęła co
najmniej godzina zanim mój śpiwór i koc nagrzały się ode mnie i
było mi wystarczająco ciepło żebym mógł zasnąć.
2012.04.26
– Dzień 13: Thorung Phedi (4450 m) – Thorung La (5416 m) –
Muktinath (3760 m)
Większość
ludzi wystartowała na przełęcz między 3 a 4, my wystartowaliśmy
później, bo o 5:30. Wojtek z Iza jeszcze bardziej lubią spać i
wystartowali o 6:30. Pierwsza godzina była dość ciężka, było
stromo i mało tlenu, do tego słonce dopiero pojawiało się na
szczytach, a u nas był cień i było zimno. Jednak jak już się
złapało rytm, a mięśnie zaczęły grzać to marsz był bardzo
przyjemny.
Wschód słońca nad Annapurnami
Kasię już
w Leddar zaczął znowu boleć żołądek i szła trochę wolniej,
przez co musiałem od czasu do czasu na nią czekać. Czekanie na
kogoś na dłuższą metę jest denerwujące, bo traci się swój
rytm. W związku z tym w Thorung Phedi zabrałem wszystkie ciężkie
rzeczy z Kasi plecaka i wpakowałem do swojego. Dzięki temu
zabiegowi, Kasi plecak ważył ok 4-5 kilo, mój 16-18 i różnice w
prędkości marszu już nie były takie duże – nadal musiałem od
czasu do czasu czekać, ale już znacznie mniej.
Po godzinie
stromego podejścia doszliśmy do High Campu i zrobiliśmy sobie
przerwę na gorącą herbatę i ciastka. Spotkaliśmy też jednego z
Polaków, którego poznałem w Tilichio Lake Base Camp. Po pół
godzinie ruszyliśmy dalej.
Pogoda nam
dopisywała, było piękne słońce i lekki wiatr – idealnie! Tylko
brak tlenu dawał się we znaki i trzeba było mocno pilnować rytmu
marszu. Najgorszy był start po postoju. Po postoju organizm już
naładował rezerwy tlenowe i gdy robiło się pierwsze kroki, nie
czuło się braku tlenu w powietrzu, więc przez parę sekund szło
się szybko. Po chwili jednak, zanim oddech przyśpieszył,
następowało bardzo szybkie opróżnienie rezerw i zaczynał się
dołek tlenowy – zawroty, brak sił itp. Wtedy się zwalniało,
oddech jak po bardzo szybkim sprincie i po dłuższej chwili tlen
docierał do mięśni i mózgu - łapało się rytm. Po kilku
„rozruchach” załapałem już o co chodzi i mimo że czułem
energię, to pierwsze kroki po postoju robiłem bardzo powoli. W ten
sposób można było wrócić do poprzedniego rytmu. Sam rytm na tej
wysokości nie jest imponujący. Idzie się mniej więcej jak w
podczas niedzielnego spaceru, ale płuca pracują tak jak podczas
intensywnego biegu.
Po około
2,5 godzinie dotarliśmy do głównego celu naszej wycieczki czyli
Thorung La Pass – 5416 m. Widoki niesamowite, radość pełna,
satysfakcja ogromna!
Annapurna II
przełęcz zdobyta!
niektórzy baaaaardzo się cieszyli z osiągnięcia celu
Porobiliśmy
zdjęcia, pokręciliśmy się po okolicy, wypiliśmy w małej chatce
po herbacie, a po ok 40 minutach dotarli Iza z Wojtkiem.
Pogratulowaliśmy sobie nawzajem i jakieś 20 minut później my
ruszyliśmy na dół w stronę Muktinath, a Wojtek i Iza zostali
jeszcze trochę nacieszyć się przełęczą.
lodowce były na wyciągnięcie ręki
Zejście
było dość długie, momentami strome, ale ogólnie dość lajtowe,
bo szło się ciągle w dół :) Na jego początku Kasię rozbolała
głowa, prawdopodobnie od braku tlenu, ale w takim momencie trzeba
połknąć painkillera i pędzić dalej na dół. Po zejściu na
odpowiednią wysokość objawy miną same.
Zeszliśmy
do guesthousów na 4200 m, gdzie wciągnęliśmy po pysznej szarlotce
i porelaksowaliśmy się przez ok godzinę. Ból głowy Kasi prawie
minął. Godzinę później byliśmy już w Muktinath i całą
czwórką piliśmy piwo zwycięstwa :)
2012.04.27
– Dzień 14: Muktinath (3760 m) – Lupra (2790 m) – Jomson (2720
m)
Drogą
Jomson – Muktinath jeżdżą non stop jeepy z pielgrzymami do
Muktinath (gdzie jest bardzo duży kompleks świątyń buddyjskich,
dla nich to taka Częstochowa). Generalnie trasa jest płaska i mało
przyjemna, dlatego długo się nie zastanawialiśmy i poszliśmy
szlakiem przez miejscowość
Lupra. Nasza trasa była świetna, a widoki genialne –
klimat tybetański, czyli mało drzew, brązowa ziemia i skały,
ogromne przestrzenie. Kiedyś w tym miejscu było dno morza, a po
zderzeniu półwyspu indyjskiego z Azją uległo wypiętrzeniu.
Dlatego na dnie rzek i wąwozów można znaleźć skamieliny.
Szukałem, ale mi się niestety nie udało. Lokalesi mają ich masę
na swoich straganach, oni najwyraźniej wiedzą gdzie szukać :)
Po
aklimatyzacji na Thorung La szło mi się bardzo dobrze, podejścia
pokonywałem prawie biegiem. Kasi szło się trochę gorzej, głównie
z powodu żołądka.
Pierwszą
część trasy pokonuje się idąc przez wzgórza i małe przełęcze,
a po dotarciu do wioski Lupra wchodzi się w głęboką dolinę z
pionowymi ścianami – robi wrażenie.
Ten punkcik w prawym dolnym rogu to Kasia
Po około
godzinie marszu dochodzi się do trasy Muktinath – Jomson i z tego
miejsca jeszcze godzinę do Jomsona. Zaraz za wioską Lupra dorwał
nas bardzo silny wiatr, oczywiście w twarz, a jak doszliśmy do
skrzyżowania dróg, do zestawu doszła ulewa. Ubraliśmy się w
ciuchy przeciwdeszczowe i pognaliśmy do Jomson.
Na miejscu
chwilę nam zajęło zanim znaleźliśmy hotelik w rozsądnej cenie
(większość chciała skasować nas jak za pokój w Kathmandu albo
nawet więcej), a następnie zajęliśmy się degustacją lokalnej
jabłkowej brandy (tak na to mówią, ale to zwykły bimber jest).
Apple bimber
Wojtek i Iza
postanowili zrobić jeszcze treking na ABC (Annapurna Base Camp), my
postanowiliśmy polecieć do Pokhary, żeby Kasia jedząc trochę
lepsze żarcie naprawiła żołądek. W międzyczasie mieliśmy się
zastanowić co dalej – czy ABC czy EBC (Everest Base Camp). Ja
oczywiście byłem za tą drugą opcją. Co prawda była znacznie
droższa, trudniejsza, a do tego temperatury na tamtym treku w nocy
były dużo niższe niż na Annapurna Circuit, ale być w Nepalu i
nie zobaczyć najwyższej góry świata... Niestety Kasia mi się
zbuntowała i powiedziała, że nie da rady. Za żadne skarby nie
dała się namówić, więc musiałem odpuścić i zadowolić się
ABC. W świetle faktów, które wypłynęły na ABC, to jednak chyba
dobrze zrobiliśmy, że poszliśmy na Annapurnę, ale o tym w
następnych relacjach.
U mnie
pozostał straszny niedosyt i kiedyś będę musiał znowu tu
przylecieć i tym razem podejść pod Everest, a może na? Kto to wie
:)