Teraz, jak
już mamy zaliczone treki, możemy zwiedzić na spokojnie Kathmandu i
okolice. No prawie na spokojnie, bo 11go mamy wylot na Filipiny,
czyli mamy tylko dwa pełne dni w stolicy Nepalu.
Okazało
się, że po majówce w Kathmandu wybuchły strajki. Pytaliśmy
ludzi, ale trochę trudno było nam zrozumieć co jest przyczyną
strajku. Każdy mówił co innego. Jedni przeciwko komunizmowi, inni
przeciwko podniesieniu podatków, jeszcze inni (ci co nie
strajkowali), że strajkują ludzie niskiego formatu, ze wsi, którym
się nie chce pracować. Wylatując z Kathmandu poznaliśmy dość
ogarniętego Nepalczyka, który wyjaśnił nam, że strajki są
związane z tym, że w rządzie są siły chcące rozdzielić Nepal
na mniejsze, niezależne państwa, tak jak to było zanim zjednoczyła
je dynastia Ghurków w XVIII wieku. Strajkowali ludzie, którzy byli
przeciwni takiemu podziałowi.
Pierwszego
dnia musieliśmy załatwić jeszcze kilka rzeczy m.in. oddać dwie
pary spodni do sklepu, w którym zarzekali się, że są oddychające
– nie były. Nie do końca wierzyłem, że zgodzą się je przyjąć,
ale spróbować nie zaszkodziło. Ku mojemu zaskoczeniu zgodzili się.
Co prawda nie chcieli oddać nam pieniędzy, ale mogliśmy wybrać
rzeczy w sklepie o podobnej wartości co spodnie – dobre i to.
Potem
kręciliśmy się po mieście zwiedzając m.in. Durbar Square –
plac na którym znajdują się świątynie oraz pałace królewskie.
Szczerze mówiąc, mało imponujące.
zdjęcie typu klasyk :)
świątynia i pranie
Krążąc po
mieście trafiliśmy na wagę i z ciekawości sprawdziliśmy ile kg
nam ubyło. Waga pokazała mi 70 kg, czyli ubyło mi 6 kg, a Kasia
straciła 4 kg! Ważyliśmy się już po 3 dniach konkretnego
obżarstwa (w moim przypadku), więc podejrzewam, że na koniec
drugiego treku mogłem ważyć 68 kg, czyli tyle ile po powrocie z
Chin w 2007 roku i tyle ile na koniec VIII klasy podstawówki w 1998
roku :) Kasia ważyła jakieś 49 kg - też marnie:/ Ale, spokojnie
wszystko da się nadrobić, a w szczególności stracone kilogramy ;)
Wieczorem
spotkaliśmy się z Wanatkami i Pawłem. Paweł to gość, który mieszka w Kathmandu już
od kilku
miesięcy i jest korespondentem dla polskich
gazet. Kupiliśmy colę, lokalną whisky oraz arbuza i
poszliśmy na dach naszego hostelu.
Drugi dzień
był typowo rowerowy. Wypożyczyliśmy z Kasią po dwa sprzęty.
Jeden był całkiem dobry, a drugi to straszna padaka, ale jechał do
przodu i nawet zwalniał jak nacisnęło się hamulec. Postanowiliśmy
pojechać do Bahdapur – starej stolicy Nepalu. Dzięki temu, że
wszyscy strajkowali ulice były puste. Normalnie jest na nich
straszne zamieszanie i trochę strach jechać nimi na rowerze, ale
tego dnia oczyścili je specjalnie dla nas :)
Po
dojechaniu na miejsce przypięliśmy rowery i zaraz potem
spróbowaliśmy lokalnego specjału – juju
dhau – jogurtu o bardzo gęstej konsystencji. Smakował
bardzo podobnie do lassi, które mieliśmy okazję skosztować w
Varanasi.
Jogurty
trochę nas rozochociły do jedzenia, więc zaraz potem spróbowaliśmy
momosów.
Z pełnymi
żołądkami ruszyliśmy zwiedzać miasto. Dawna stolica Nepalu ma
kilka dużych placów z pięknymi świątyniami. Między placami
przechodzi się małymi, klimatycznymi uliczkami. Kręciliśmy się
tymi uliczkami dobrych kilka godzin, aż w pewnym momencie się
rozpadało i schroniliśmy się w knajpce, w której przy okazji
zjedliśmy obiad. Spróbowaliśmy lokalnych specjałów – nie była
to rewelacyjna uczta.
Gdy
przestało padać, postanowiliśmy iść szybko do rowerów, żeby
rozpocząć wycieczkę powrotną, bo już zaczynało się ściemniać.
Okazało się, że Nepalczycy strajkują tylko w ciągu dnia, po
zachodzie słońca kończą strajk, więc ulice znowu zapełniły się
samochodami. Jakby tego było mało, gdzieś w połowie drogi dopadła
nas burza. W ulewie, po ciemku (rowery oczywiście nie były
wyposażone w lampki) i w dość dużym ruchu ulicznym dojechaliśmy
do Kathmandu, na szczęście cali i zdrowi, tylko trochę mokrzy.
Kolejnego
dnia o 14 mieliśmy wylot do Delhi. Niestety taksówki strajkowały,
a te które się wyłamywały ze strajku, były zazwyczaj obrzucane
kamieniami przez strajkujących. W takiej sytuacji nie zostało nam
nic innego jak wziąć rikszę, taką prawdziwą - rowerową.
Załadowaliśmy siebie i nasze plecaki, łącznie jakieś 150 kg
ładunku i ruszyliśmy. Na prostej szło całkiem nieźle, z górki
bardzo dobrze, ale pod górkę... Pod górkę wszyscy w trójkę
pchaliśmy rikszę :)
Fotoreporterzy
robiący zdjęcia strajkujących oblatywali nas dookoła i cykali
zdjęcia. Jednemu udzieliłem nawet krótkiego wywiadu dysząc i
pchając rikszę pod górę :)
Dopiero w
samolocie ten bardziej ogarnięty Nepalczyk, który tłumaczył nam
powód strajków, powiedział, że lotnisko zorganizowało transport
dla turystów z centrum miasta specjalnym wanem, który jeździł w
tą i z powrotem non stop. Jakoś w żadnej agencji turystycznej, w
której pytaliśmy o możliwości dotarcia na lotnisko nie wspomnieli
o tym... Może chcieli, żeby zdjęcia dwóch białasów z
Nepalczykiem pchających rikszę pod górę uzupełniło artykuły o
strajku :)
Jak byliśmy
w Indiach odezwali się do nas Słodka z Wano (dla niewtajemniczonych
- dobrzy znajomi z Nocnego Roweru) z informacją, że będą w Nepalu
mniej więcej w tym samym czasie co my! Szykują się na Annapurina
Circuit, ale na rowerach – świetny pomysł i chętnie bym się
przyłączył, ale niestety Kasi się aż tak bardzo nie spodobał :)
Ustaliliśmy datę i miejsce spotkania, które później, ze wzdględu
na specyfikę podróżowania po Azji, wielokrotnie zmienialiśmy :)
Kiedy wracaliśmy z ABC w Chhamrong udało mi się dopchać na chwilę
do netu i wyczytałem, że Wanatki były dwa dni wcześniej w
Muktinath. Ze zgrubnych wyliczeń wychodziło, że uda nam się
złapać w Pokharze, a może nawet napatoczymy się na nich na trasie
Nayapul – Pokhara. Dlatego całą drogę z Nayapul
wystawiałem głowę przez okno autobusu i wyglądałem
naszych kolarzy. W pewnym momencie zobaczyłem w dużej odległości
na podjeździe dwie sylwetki, jedna stała z rowerem rzuconym obok i
coś krzyczała, a druga ostro cisnęła pod górę – już
wiedziałem że to oni :)
Gdy autobus
się zbliżał Marta go zatrzymała, żeby wsiąść do środka, a
ja wyskoczyłem jej na przywitanie :) Wrzuciliśmy z Arturem rower
Marty na dach, Marta wsiadła do środka, a Artur oczywiście
wskoczył na rower i cisnął dalej do Pokhary. Wszystko działo się
bardzo szybko, nawet nie zdążyłem się porządnie przywitać z
Arturem, do tego z Martą zaczęliśmy gadać jak najęci na temat
naszych wypraw i dopiero pod Pokharą zorientowałem się, że dałem
ciała, bo przecież mogłem wziąć rower Marty i cisnąć z
Arturem! Damn!!
Po dotarciu
do Pokhary ja usiadłem w knajpie z bagażami, a Kasia i Marta
wyruszyły na poszukiwania hotelu. Popijałem spokojnie shake'a, gdy
weszli Wojtek z Iza, a chwile po nich dojechał Wano :) No to cała
nasza banda już w komplecie :)
Po wrzuceniu
bagaży do pokoju, wzięliśmy od Wanatków rowery i pojechaliśmy z
Kasia na badania do szpitala. Kasia poszła na wizytę u lekarza, a
ja siadłem w knajpie naprzeciwko szpitala i zacząłem obżerać się
momosami z mięsem, z MIĘSEM! :) Zjadłem 30, mniam! :)
Po ok. 3
godzinach ja byłem najedzony, a Kasia miała wyniki badań krwi i
stolca – wyszło że ma cysty lambrii, czyli robaki, które
pojawiają się w organizmie po wypiciu wody, która miała styczność
z odchodami zarażonych zwierząt. Jak widać Nepalczycy nie bardzo
dbają o higienę w swoich kuchniach. Dziwne tylko było to, że
jedliśmy zazwyczaj to samo, więc czemu ja też nie miałem robaków?
Są dwie
teorie na ten temat. Pierwsza głosi, że zaraziliśmy się podczas
pamiętnego lunchu w Tal, tylko że ja wieczorem wszystko zwróciłem
i nic mi się nie zalęgło (nie wiem czy organizm jest w stanie
wykryć zarazki w pokarmie i „uruchomić” oczyszczenie żołądka).
Druga jest
taka, że ja piłem wodę ze strumieni oczyszczoną za pomocą
tabletek do puryfikacji wody, a Kasia piła herbaty zakupione w
guesthousach (żeby nie pić zimnej wody na chore gardło).
Prawdopodobnie kupiliśmy gdzieś herbatę z wody, która była
niedogotowana albo, ze względu na wysokość, wrzała już w 80
stopniach, co było zbyt niską temperaturą żeby wybić wszystkie
zarazki. To są tylko nasze teorie, ale jak ktoś się zna na
sprawach medycznych, to proszę o komentarz :)
Kasia
dostała tabsy i po ok. dwóch tygodniach miała wrócić do pełnego
zdrowia. Odetchnęliśmy z ulgą, bo już było wiadomo co się z nią
dzieje i na czym stoimy. Dotąd były tylko niepokojące domysły.
W Pokharze
spędziliśmy dwa pełne dni, a trzeciego rano wyjechaliśmy z
Wanatkami do Kathmandu, Wojtki postanowiły jeszcze trochę tu
poleniuchować. Te dwa dni minęły nam na strasznym obżarstwie, tzn
wszystkim poza biedną Kasia, która musiała przestrzegać diety.
Była nawet żołądkowa gorzka, którą Wojtek z Izą zabrali
jeszcze z Polski na specjalną okazję, a po zakończeniu ich
trzeciego treku uznali, że właśnie taka ma miejsce.
Drugiego
dnia wyskoczyłem z Arturem na rowerach na stupę, która znajdowała
się na wzgórzu górującym nad Pokharą. Wyprawa była świetna,
choć trochę pobłądziliśmy w lasach i musieliśmy targać rowery
po stromym zboczu. Po zdobyciu wzgórza obejrzeliśmy stupę z
bliska, a już potem mieliśmy nagrodę za nasze trudy w postaci
długiego zjazdu, sweet :)
W Pokharze
mieliśmy z Kasią też mocną rozkminkę gdzie uderzamy po Nepalu.
Generalnie temat ten wałkowaliśmy od poprzedniej wizyty w Pokharze.
Opcje były dwie – Tybet, a potem Chiny albo Filipiny.
W Chinach
już byłem, ale baaardzo mi się tam podobało, jest to chyba
najciekawszy kraj, z tych które widziałem i mają wspaniałe
jedzenie. Tybet bardzo chciałem zobaczyć, ale od czasu olimpiady w
Pekinie, Chińczycy bardzo ograniczyli możliwości zwiedzania tego
kraju Przed olimpiadą do Tybetu można było wjechać tylko z
zorganizowaną wycieczką, ale słyszałem, że można było to
obejść kupując najkrótszą 3 dniową opcję i urwać się np.
drugiego dnia, a dalej poruszać się na własną rękę. Teraz też
można wjechać tylko z zorganizowaną wycieczką, ale urwanie się
jest już niemożliwe, bo jest mnóstwo checkpointów, a do każdej
wycieczki przydzielany jest chiński przewodnik, który pilnuje jej
składu.
Opcja
zorganizowanej wycieczki (tu śpimy, tu jemy, tu sikamy, tu jedziemy,
tu mamy pół godziny, a tam pół minuty) nie za bardzo nam
odpowiada. Biura w Azji się za bardzo nie szczypią i kasują za
zwykłą spelunę jak za pokój w Hiltonie. Jak już kupisz
wycieczkę, to możesz mieć tylko nadzieję, że pokoje i jedzenie
będą przyzwoite. Do tego wszystkiego dochodzi chiński przewodnik,
który pokaże taki Tybet, jaki chińskie władze chcą pokazać
turystom, a nie taki jaki jest naprawdę. A, jeszcze jedna sprawa,
która nas już totalnie zniechęciła – 10 dniowa wycieczka do
Tybetu (6 dni jazdy jeepem przez Tybet z Kathmandu do Lhasy i 3 dni w
Lhasie) kosztowała ok. 850$ od głowy...
Natomiast o
Filipinach słyszałem same pozytywne opinie od ludzi na trasie,
nawet bardzo pozytywne. Z drugiej strony na początku czerwca zaczyna
się tam monsun, ale zawsze może przyjść wcześniej. Chiny były
bezpieczne pod względem pogody, no i to jedzenie... :)
Długo się
nad tym zastanawialiśmy, ale decyzję pomógł nam podjąć jeden
gość z Kanady, który po Nepalu jechał właśnie po raz pierwszy
do Chin. Opowiadałem mu pół wieczoru gdzie ma jechać i co
zobaczyć, mówiłem to z nieukrywaną pasją. Na koniec dał mi
bardzo cenną radę: jeżeli mam tak wspaniałe wspomnienia z Chin,
to lepiej, żebym tam drugi raz nie jechał, bo mogło się tam
pozmieniać, mój sposób odbioru tego kraju może być inny itp. i
mogę sobie te wszystkie wspomnienia zepsuć.
Koniec
końców wybraliśmy Filipiny i nie żałujemy :)
W LP piszą, że dla osób
bez aklimatyzacji wysokościowej treking na Annaurna Base Camp
położonego na wysokości 4130m.n.p.m, zajmuje jakieś 9 do 11 dni.
My wiedzieliśmy, że możemy wdrapywać się nie marnując dni na
aklimatyzację, którą już zdobyliśmy na poprzednim treku, zatem
obliczyliśmy, że powinniśmy zrobić tą trasę w jakieś 7 dni.
Z położonego na
wysokości 1100 m.n.p.m Phedi wyruszyliśmy ok południa z
zamierzeniem, że tak do 18 spokojnie możemy iść. Jednakże już
po 2,5 godzinie okazało się że na dziś koniec zabawy.
Pojawił się problem
natury administracyjnej. Na bramce wjazdowej do obszaru chronionego
woków Annapurny, panowie bramkarze postanowili, że nie przepuszczą
nas przez check-point.
A cała sytuacja wyglądał
następująco: kiedy szliśmy na pierwszy trek wyrobiliśmy wszystkie
niezbędne przepustki i pozwolenia, wydając na nie kupę pieniędzy.
Pozwolenie na przebywanie w obszarze Annapurny jest jednorazowe tzn.
że można tam siedzieć np. rok na jednej przepustce, ale jak się
opuści region i pojedzie np. na 1 dzień do Pokhary to trzeba
wykupić kolejny permit, który od osoby kosztuje 100 PLN. Ponieważ
bramka nie byłą położona na samej granicy parku, ale kilka
kilometrów w głębi obszaru Annapurny, wiedzieliśmy że możemy
utrzymywać, że nigdy nie opuściliśmy obszaru. Okazując permity
powiedzieliśmy strażnikom, że wracamy z trekingu wokół Annapurny
tylko niekonwencjonalną trasą i robimy poboczne treki. A strażnicy
na to że ściemniamy i że na pewno byliśmy w Pokarze. Faktycznie
mieli rację, ale nie mogli nam udowodnić, że opuściliśmy obszar,
więc my trzymaliśmy się własnej wersji wydarzeń. I taka wymiana
racji i argumentów trwała ponad godzinę. Jednak nepalscy bramkarze
są niebłagani! Uparli się, że nas nie wpuszczą i koniec! Albo
zapłacimy 8000 rupi czyli 400 PLN albo możemy spadać i wracać do
Pokary. Wkurzeni i zmęczeni całą sytuacją i nerwową dyskusją w
końcu postanowiliśmy zawrócić. 10 min poniżej bramek był
maleńki rodzinny hostelik, w którym usiedliśmy aby przeanalizować
nasze położenie. Doszliśmy do wniosku, że nie zapłacimy
bramkarzom 8000 rupi i nie chce się nam jechać do Pokary po nowy
permit, tym bardziej że formalnie ten który mieliśmy był ważny,
bo nie dostaliśmy żadnej pieczątki wylatując z Jomson.
Postanowiliśmy obejść jakoś miejsce kontroli, ale po wstępnym
rozeznaniu terenu okazało się, że bramki są położone w
strategicznym miejscu i z jednej i z drugiej strony jest strome
porośnięte drzewami zbocze, którym nie koniecznie mieliśmy ochotę
się przeprawiać. Wymyśliliśmy w końcu, że najlepiej będzie
przejść przez bramki w nocy, kiedy strażnicy będą spali. Plan
został jednogłośnie przegłosowany i postanowiliśmy, że o 3 w
nocy wyruszymy z latarkami i prześlizgniemy się pod nosem
strażników. O 3.30 nad ranem na paluszkach i przy zgaszonych
latarkach przedreptaliśmy przez uśpione miasteczko i opustoszały
check-point. Mission accomplished! Mogliśmy spokojnie kontynuowań
trek, a 8000 rupi zostało w naszej kieszeni!
relacja z akcji na gorąco :)
Dzień 2: Pothana (1890
m) – New Bridge (1340 m) - Chhomrong (2170 m)
Tego dnia treking
zaczęliśmy o 3:15 w nocy, zatem zapowiadał się naprawdę dłuuuugi
dzień!
O 6 rano kiedy w końcu
postanowiliśmy zjeść śniadanie byliśmy już po prawie 3
godzinach marszu, a była dopiero 6 rano!!! Niestety na postoju
śniadaniowym analizując mapę zorientowaliśmy się, że w nocy nie
widząc oznaczenia szlaku pomyliliśmy drogę i zrobiliśmy spore
kółko. Punkt, w którym się znajdowaliśmy był w linii prostej
oddalony o jakąś godzinę marszu od punktu wyjścia – a my
okrężną drogą dotarliśmy tu po 3 godzinach. Trudno, ale w końcu
godzina była młoda, więc mieliśmy przed sobą jeszcze cały
dzionek treku.
Dzień był piękny!
Fantastyczna pogoda i cudowne widoki.
Nie można również
pominąć interesującego faktu, że wzdłuż szlaków prowadzących
do ABC rośnie prawdziwe dobrodziejstwo krzaków marihuany. Konopie
indyjskie są tutaj pospolitym chwastem. Zresztą sama nazwa
„samosiejka” dobrze oddaje charakter tej roślinki, która rośnie
dosłownie wszędzie!
Ok 12 wdrapaliśmy się
już 1780 m.n.p.m i dość mocno zmęczeni stromym podejściem
postanowiliśmy zjeść nasz standardowy zestaw lunchowy: puszka
tuńczyka + makaron z warzywami. Posiliwszy się, zeszliśmy szlakiem
w dół do koryta rzeki gdzie wypływało gorące źródło i
zaliczyliśmy ponad godzinny relaksik w gorącej kąpieli. Ja
konsekwentni siedziałam w sadzawce, podczas gdy Piotrek nie mogąc
wytrzymać wysokiej temperatury co 5 min, biegał do lodowatej,
rwącej, górskiej rzeki i wskakiwał tam na parę sekund, żeby się
schłodzić.
ciepłe źródła
zimne źródła
Po ponad godzinie w takim
ukropie byłam kompletnie wykończona. Gorąca kąpiel jest bardzo
relaksująca, ale przy okazji wysysa z człowieka całą energię, a
tu jeszcze trzeba było się wdrapać na 2200. No ale zagryzłam zęby
i powoli zaczęliśmy ostatnie tego dnia podejście do miejscowości
Chhamrong. Po godzinie z kawałkiem byliśmy na miejscu. Była 15.30
i stwierdziliśmy, że dzisiejszy 12 godzinny treking możemy
zakończyć właśnie tutaj. Za pozostaniem w Chamrong przemawiał
również widok na przepiękny szczyt Fishtail, który mogliśmy
kontemplować z okien guesthousowej knajpki.
Relaksując się przy
piwku i kolacji dostaliśmy smsa od Wojtka i Izy, że właśnie
dotarli do Chhamrong. Zatem nasza trekingowa ekipa znowu była w
komplecie:)
świętowanie udanej akcji nocnej i długiego dnia
Machhapuchhre (Fishtail) 6997 m
Dzień 3: Chamrong (2170
m) – Bamboo (2810 m) – Deurali (3230 m)
Tym razem wystartowaliśmy
nieco później gdyż ok. 8 rano. Po śniadaniu złapaliśmy się z
Izą i Wojtkiem i po uzupełnieniu zapasu tuńczyków w lokalnym
sklepiku wymaszerowaliśmy w kierunku ABC. Dzień znowu był
przepiękny. Szlak raz wznosił się raz opadał, więc marsz był
dosyć męczący, ale widoki rekompensowały zmęczenie. Po
przekroczeniu 2500 m, krajobraz z tropikalnego zaczął stawać się
wysokogórski. W pewnym momencie weszliśmy w przepiękną dolinę,
nad którą zawieszone były masywne skały, które systematycznie
rosły przemieniając się w ośnieżone szczyty.
Prawdziwe Himalaje! :)
Planowaliśmy, ze tego
dnia nasz marsz zakończymy w miejscowości Himalaya, położonej na
wysokości 2920m. Kiedy dotarliśmy do Himalaya była już 15.30, a
pogoda gwałtownie zaczęła się zmieniać i zaczął padać dość
intensywny deszcz. Niestety, zostaliśmy zmuszeni do zweryfikowania
planów i ruszyliśmy dalej w kierunku Deurali. Bezpośrednią
przyczyną zmiany naszych planów byli opryskliwi i aroganccy
właściciele guest housów, którzy śmiejąc się nam w twarz
zażądali wygórowanej ceny za pokoje. Wiedzieli że jest już
późno, pada deszcz, a do następnej miejscowości jest 2 godzinne
strome podejście i bezczelnie wykorzystali tą sytuację myśląc że
przystaniemy na ich warunki. Ale niestety dal niech trafili na
twardych zawodników:)
Oczywiście nie daliśmy
im zarobić i rzuciwszy w ich kierunku kilka zgryźliwych uwag
ruszyliśmy dalej. Po godzinie bardzo szybkiego marszu dotarliśmy do
Deurali, z którego pozostały już tylko 4 godziny do punktu
docelowego czyli ABC. Niestety zakwaterowanie w Deurali nie było
zbyt komfortowe, ponieważ wszystkie kwatery w tej miejscowości
zajęła koreańska wycieczka licząca jakieś 50 osób. Zajęliśmy
ostatni wolny 5cio osobowy pokoj, w którym śmierdziało stęchlizną
i grzybem :/
Ja tego wieczoru nie
czułam się zbyt dobrze, już od kilku godzin męczył mnie ból
brzucha, więc nawet nie mogłam zjeść kolacji. A to był dopiero
początek prawdziwej męczarni jak mnie czekała.
Dzień 4: Deurali (3230
m) - ABC (4130 m)
Z Deurali wyruszyliśmy
jako ostatni:) Zdyscyplinowana koreańska armia wyruszyła ok 5 rano!
Po wieczornych i nocnych problemach żołądkowych nie byłam w
najlepszej formie i wlekłam się z tyłu z moim i tak lekkim
plecakiem. Byłam naprawdę słaba, aż w końcu wkurzona tym, że
muszę się tak męczyć zrobiłam scenę, ściągnęłam plecak i
rzuciłam nim o skałę :) Piotrek widząc tą histeryczną akcję
bez mrugnięcia okiem wziął mój plecak i powlekliśmy się dalej w
kierunku ABC.
Na trasie do ABC
musieliśmy przejść wzdłuż strefy schodzenia lawin. Ponieważ
lawiny zazwyczaj schodzą kiedy słońce zaczyna topić śnieg,
zaleca się pokonywanie tego odcinka do godz 10. My byliśmy parę
minut przed 10, więc było ok :) Faktycznie znaki przestrzegające
przed ryzykiem lawin nie zostały umieszczone na trasie
bezpodstawnie, gdyż po przejściu niebezpiecznego odcinka za nami
zeszły dwie lawiny. Na szczęście były stosunkowo małe i nie
dosięgły ścieżki, po której się poruszaliśmy.
oj tam oj tam :)
ta lawina już nie była groźna :)
schodząca lawina
Moje tempo marszu nie
było tego dnia zbyt imponujące, zatem Iza z Wojtkiem popędzili
przodem i mieliśmy się spotkać się w ABC. Powolutku, ale
systematycznie pokonywałam kolejne etapy trasy, aż w końcu
dotarliśmy do ostatniego odcinka wiodącego już do obozu. Ku mojemu
ogromnemu zadowoleniu podejście okazał się bardzo łagodne i można
było spokojnie i bez nadmiernego wysiłku pokonać ostatnie 2
kilometry trasy. Jedynym problemem zaczęła być pogoda, gdyż na
tym odcinku weszliśmy w zawieszone nisko chmury. Zrobiło się
bardzo mgliście i zaczął sypać śnieg. I nagle z mgły wyłaniają
się Iza z Wojtkiem i wcale nie idą w kierunku ABC tylko schodzą w
dół. Zdziwieni pytamy ich co się stało??? Dlaczego schodzą???
Wojtek mówi, że w okolicy obozu dostał silnego ataku choroby
wysokościowej. Do tego stopnia, że na całym ciele ogarnęły go
ciarki i stracił kontrolę nad kończynami. W tej sytuacji
rozwiązanie jest tylko jedno – odpocząć chwilę, a jak już
odzyska się jako taką kontrolę nad ciałem – zasuwać w dół.
Podobno Wojtek miał już wcześniej podobne ataki, więc
przynajmniej nie było to dla niego totalne zaskoczenie i wiedział
jak się zachować, problem w tym, że u niego nie ma żadnych
sygnałów ostrzegawczych – jest ok, a po chwili już nie jest ok.
Iza stwierdziła że muszą się wycofać, zejść do najbliższej
wiochy i dać Wojtkowi czas na aklimatyzację i najprawdopodobniej
uderzą do ABC jutro z samego rana. Umówiliśmy się, że poczekamy
na nich na górze.
1 godzinę od celu
Do obozu doszliśmy ok 2
po południu, ja nie jadłam już od 24 godzin więc byłam potwornie
głodna. Pomimo bólu żołądka postanowiłam skusić się na
Dalbat. Jadłam łapczywie i nawet wzięłam dokładkę gdyż w
trakcie posiłku mój żołądek reagował pozytywnie na ciepłą
zupkę i ryż.
Do czasu... Jakieś 20
minut później znowu zaczęła się męczarnia! Dostałam potwornych
boleści i na jakąś godzinę zablokowałam toaletę w obozie :) Po
całej „akcji” byłam już kompletnie wykończona, cały czas
miałam dreszcze zimna i potwornie bolesne skurcze żołądka. W
całym ekwipunku (z wyjątkiem butów :), który miałam na sobie
wlazłam do śpiwora, przykryłam się kocami i ok 17 poszłam spać.
Starałam się spać w zimnym pokoju, jednak bolesne skurcze co
trochę wyrywały mnie z tej drzemki. W takim stanie dotrwałam do
rana.
Dzień 5: ABC (4130 m) –
Bamboo (2810 m)
Piotrek już o 5 rano
zerwał się żeby zrobić zdjęcia wschodu słońca. Ja poleżałam
jeszcze do 7 gdyż perspektywa wyjścia z ciepłego śpiworka na
trzaskający mróz (w pokoju też było grubo po niżej zera) trochę
mnie przerażała. Ale w końcu przełamałam się i wygramoliłam
się z pokoju. Było warto! Pogoda był cudowna! Świeciło słońce
i zaczynała się robić coraz cieplej. Pokręciliśmy się zatem po
okolicy i zrobiliśmy trochę zdjęć:)
Annapurna I
psie gniazdo :)
wschód słońca na ABC
Annapurna I i jej
lodowiec
Nasz pokój na ABC (przynajmniej drzwi miały porządną kłódkę ;)
skok w przepaść I
skok w przepaść II
Guest house na ABC
Ok 9 rano, wróciliśmy
na główny placyk w obozie, a tam na stole leży rozciągnięty
Wojtek, ciężko dyszy i przewraca się z boku na bok. Właśnie
przed chwilą po dojściu do obozu dostał ataku. Ponieważ nie ma
czucia w nogach nie może zacząć schodzić, tylko leży i mamrota!
Wkurzona całą sytuacją Iza, zaczyna go ściągać i w końcu po
kilkunastu minutach Wojtek niepewnym krokiem wsparty przez Izę
zaczyna iść w dół. Biedactwo nawet nie pokontemplował widoków,
coś nie ma szczęści do ABC. Dziwna sytuacja gdyż na 5400 na
przełęczy nic się z nim nie działo a na 4100 organizm odmawia mu
posłuszeństwa. Wygląda na to, że nie można do końca przewidzieć
ataku choroby wysokościowej i dopada ona całkiem niespodziewanie, a
u Wojtak na dokładkę ma bardzo nieprzyjemne objawy. Iza i Wojtek
pośpiesznie ruszają w dół, my powoli zaczynamy się pakować i ok
10 również zaczynamy schodzić. Droga w dół jest łatwa i
przyjemna. Skurcze żołądka na razie ustąpiły zatem cieszę się
dniem i w miłych okolicznościach przyrody rozpoczynamy drogę
powrotną. W ABC Piotrek zaprzyjaźnił się z 2 skunksami, które
towarzyszą nam przy schodzeniu, dostarczając nam rozrywki.
Tablica przy wejściu na
ABC
Niepokonany zdobywca ABC
przyjaciele – skunksy
:)
szlak powrotny z ABC
Wojtek z Izą oznaczyli
dla nas szlak
gonitwa na śniegu
szajba
Po godzinie marszu
spotykamy Izę i Wojtka relaksujących się przy śniadanku i
herbatce. Też postanawiamy strzelić sobie relaks, gdyż słoneczko
przyjemnie przygrzewa, a widoki przednie.
Popas
Prawdziwy szczyt! A nie
jakaś popierdółka!
Widok na Himalaje od du##
strony!:)
Nieposkromieni zdobywcy:)
dolinka
Tego dnia postanowiliśmy
dotrzeć do miejscowości o nazwie Bamboo. Na początku szło mi się
dobrze, ale ok 13 byłam już bardzo głodna, gdyż znowu przypadało
ponad 20 godzin od mojego ostatniego posiłku. Tym razem skusiłam
się na talerz gotowanych ziemniaków. Wydawał się być niezbyt
inwazyjną potrawą. Byłam strasznie głodna więc zjadłam 4 spore
ziemniaczki i jak szybko okazało się, że muszę zapłacić za moje
łakomstwo. Po kilkunastu minutach znowu dostałam silnych boleści i
kolejna połowa dnia była już tylko walką żeby dojść do
wyznaczonego punktu. Bardzo zależało mi na tym żeby zejść jak
najszybciej, gdyż wiedziałam że po powrocie muszę udać się
prosto do lekarza, bo ból nasilał się i z każdym kolejnym dniem
byłam coraz bardziej wycieńczona. Ok 17 byliśmy na miejscu. Iza i
Wojtek postanowili iść dalej ponieważ byli w dobrej formie, a
chcieli jeszcze zahaczyć o gorące źródła.
Dzień 6: Bamboo (2810 m)
– Kimche (1640 m)
Na szczęście noc
upłynęła w miarę spokojnie. Rano obudziliśmy się ok 6.00
zjedliśmy śniadanko. Ja zdołałam wcisnąć w siebie jakąś 1/2
talerza owsianki, Piotrek jak zwykle musiał się najeść do syta,
zatem jego danie składało się z 2 omletów (4 jaj) 2 ciapat,
owsianki i jeszcze mojej owsianki:) no ale nie ma się co dziwić w
końcu od kilku dni targał cały czas dwa plecaki. Planem na dziś
było dojście już prawie na sam dół do miejscowości o nazwie
Kimche.
Trasa tego dnia była
dość wymagająca, bo mimo że start był o 1200 m wyżej niż meta,
to trasa po drodze wiła się w górę i w dół i łącznie było ok
1000 m podejść. Już po 40 minutach marszu zaczęły się bardzo
bolesne skurcze. Po pierwszym podejściu byłam już kompletnie
wykończona. Piotrek wziął mój plecak i po 20 minutach odpoczynku
poszliśmy dalej. Ja ze łzami w oczach ponieważ ból był
nieznośny. Postanowiłam, że już nic nie będę jadła, bo każdy
posiłek kończył się bólem, który trwał nawet do kilku godzin
zanim trochę zelżał. Ale problem polega na tym, że jak się nic
nie je to ciężko chodzić po górach – gdyż wymaga to naprawdę
sporych nakładów energii. W efekcie osłabiona bólem i bez zapasów
kalorii wlekłam się ledwo co, męcząc na każdym podejściu. Ale
wolno i systematycznie szłam cały dzień, często siadając na
środku szlaku, kiedy ból był już nie do wytrzymania. Po ponad 9
godzinach marszu dotarliśmy do celu. Byliśmy bardzo zadowoleni gdyż
był to dość ambitny cel nawet dla osoby w dobrej kondycji. A tu
proszę z bólem brzucha, a i tak udało mi się doczłapać:)
Oczywiście w tym miejscu należy się specjalny szacun dla Piotrka,
który przez ponad 8 godzin niósł na swoim grzbiecie 2 plecaki
(łącznie ponad 20 kg). Tego dnia nie robiliśmy zdjęć. Mamy tylko
jedno naszej kwaterki.
Nasz guest house w Kimche
Dzień 7: Kimche (1640 m)
– Nayapul (1070 m)
Z Kimche do Nayapul, z
której odjeżdżają autobusy do Pokhary pozostały już tylko 3
godziny marszu. Po półtorej godziny doszliśmy już do drogi, po
której od czasu do czasu przemykał jakiś jeep i już bardzo
łatwym szlakiem dotarliśmy na
sam dół :) Dzień był słoneczny, a okoliczne rowy porastały
bujne krzaczyska maryśki :)
największe
krzaki jakie widzieliśmy na szlaku
Piotrek
i Marysia
transport drobiu
Dzielny porter Piotrek
Na autobus czekaliśmy
parę minut, wskoczyliśmy i ruszyliśmy do cywilizacji, na spotkanie z lekarzem. Wyniki badań już w następnym odcinku :)