sobota, 9 czerwca 2012

2012.05.17 - 20 - Malapascua

W poszukiwaniu dalszych wrażeń, trafiliśmy na kolejną z 7107 wysp jakimi dysponują Filipiny - Malapascue, którą ochrzciliśmy "Małapaskuda".
Mała, wcale nie paskuda, okazała się być najpiękniejszą wyspą jaką odwiedziliśmy na Filipinach.
W repertuarze Małejpaskudy znalazły się min: piękne zachody słońca, resort z basenem w cenie 50 PLN od hatki, fantastyczne nurkowania oraz przesympatyczni lokalesi, ale po kolei...

Po zakwaterowaniu w przyjemnym resorciku zorganizowaliśmy sobie nurkowania. Następnego dnia rano wypłynęliśmy w pobliże Gato Island - skalistej wysepki o gabarytach jakieś 200 na 200m oraz stromym i skalistym zboczu. Gato Island jest szczególnym miejscem do nurkowania ponieważ prowadzi przez nią podwodny korytarz. Nurkowanie było fantastyczne – wpłynęliśmy do groty z jednej strony wyspy i wypłynęliśmy z drugiej. Na początku nurkowania, kiedy wpłynęliśmy do korytarza panowały całkowite ciemności, a po chwili z otworu w skale zaczęły przenikać do wnętrza podwodnej groty promienie słońca - efekt był niesamowity. Na koniec naszym oczom ukazała się ogromna błękitna brama, która była wyjściem z podwodnej groty. Cudowne przeżycie – było to nasze pierwsze nurkowanie w podwodnej jaskini.



Gato Island





Po powrocie z nurkowania czekała na nas kolejna atrakcja – zachód słońca. To nie był zachód! To był spektakl! Podświetlone słońcem chmury miały konsystencję różowo niebieskiej waty cukrowej. Na dodatek nie było choćby najmniejszego podmuch wiatru. Wszystko dookoła wyglądało bajkowo i surrealistycznie. Jakby tego wszystkiego było mało chmury w oddali na horyzoncie co chwilę były rozświetlane piorunami. Usiedliśmy sobie w tej scenerii z wielkimi drinkami podawanymi w słoikach :D i nie mogliśmy się nacieszyć otaczającą nas rzeczywistością :D



 


Następnego dnia ustawiliśmy budzik na 4.30 rano, ale i tak było to zbyteczne ponieważ rolę budzika spełniły okoliczne koguty, które już od 3 w nocy przekrzykiwały się nawzajem. Wstaliśmy tak wcześnie ponieważ o 5 rano wypływała łódź na nurkowanie z rekinami. O tej porze roku i o tej godzinie były prawie 100% szanse spotkania Treasure Sharks, takiej okazji nie można było przegapić! Gdy słońce wschodziło nad horyzont, my akurat schodziliśmy pod powierzchnię wody. Właściciele dive shopu nie kłamali, zobaczyliśmy 4 piękne okazy tych niesamowitych stworzeń, z czego jeden podpłynął na ok. 4 metry! Ze swoimi bardzo długimi ogonami wyglądają majestatycznie.





Po południu zaliczyliśmy jeszcze jednego nurka - miejsce o nazwie Bantigue. Tym razem była to spokojna, kolorowa rafia. 








Po nurkowaniu wybraliśmy się na spacer po wyspie. W trakcie spaceru napatoczyliśmy się na wioskową imprezę urządzoną z okazji pierwszych urodzin małego Zarrana. Zostaliśmy na wstępie poczęstowani szklaneczką lokalnego rumu z lodem i tak od szklaneczki do szklaneczki zostaliśmy trochę dłużej na imprezce urodzinowej. Była pieczona na ognisku świnia, banda dzieciaków i przesympatyczni lokalsi. Gdy skończyła się kolejna flaszka Piotrek skoczył do lokalnego sklepu kupić nową – wrócił trochę bardziej pijany i oznajmił, że nie mógł znaleźć sklepu, ale znalazł lokalesów siedzących przy flaszce, którzy obiecali pokazać mu gdzie jest sklep pod warunkiem, że się z nimi napije :) Wyjścia za bardzo nie miał ;)


Jubilat z mamą



 dzieciarnia w trakcie zabawy




Kolejny dzień znowu rozpoczęliśmy (tym razem z lekkim bólem głowy) od porannej wizyty u naszych ulubionych Treasure Sharks. Tym razem przywitały nas tylko 2 rekiny, ale i tak było super. Są to naprawdę piękne zwierzaki – chyba najpiękniejsze ryby jakie do tej pory widzieliśmy. Po nurkowaniu odwiedziliśmy rajską plażę nieopodal resortu, dzień był naprawdę przepiękny. Nic dodać nic ująć – kwintesencja wakacji!





 wygłupy basenowe




Z ciekawostek: Piotrek po spaleniu całego tłuszczu w Himalajach zyskał
nową umiejętność w postaci leżenia na dnie basenu :) Idzie na dno jak kamień!




Ale wakacje nie trwają wiecznie ;) więc czwartego dnia wyruszyliśmy dalej - tym razem lekka zmiana klimatu - wulkan Mt. Pinatubo.




wtorek, 5 czerwca 2012

2012.05.13 - 16 - Bohol

1000 PHP = 80 PLN

O 15.00 wskoczyliśmy na prom i 2 godziny później byliśmy już na rajskiej wyspie Bohol. Za pomocą tricykla (lokalny środek transportu - motor z takim większym koszem) dostaliśmy się na maleńką wysepkę Panglao połączoną z Boholem za pomocą mostu. W LP znaleźliśmy resorcik Bohol Divers Resort, w którym ceny zakwaterowania mieściły się w naszym skromnym budżecie i tam też się udaliśmy. W rzeczywistości resort zdecydowanie przebił nasze oczekiwania, gdyż oprócz tanich i czystych kwaterek, miał drogie apartamenty, a co z tym się wiąże całą wypaśną infrastrukturę typu basen, przyjemna restaurację z pięknym widokiem, a do tego organizował nurkowania, więc wszystko mieliśmy pod nosem. Pełen wypas!


Plaża przy resorcie

 Widok z restauracji

 Basenik:)

Wieczorem wybraliśmy się na spacer aby coś przekąsić. Specyfiką tego miejsca są bardzo liczne restauracje, które wstawiają grille ze świeżym seafoodem i stoliczki na plaży, zatem można siedzieć przy samej wodzie i wcinać w blasku księżyca pyszne rybki. Niestety jest jedno ale... seafood okazał się być bardzo drogi i w efekcie za średniej wielkości rybę czy talerz krewetek trzeba było wydać ok 30 PLN + dodatki + piwko i robiło się ok 40 PLN od dania – czyli cena jak w kraju.
Stwierdziliśmy, że dziś wyjątkowo możemy odżałować trochę więcej kaski i zjeść kolację w tej cenie. Objadłszy się świeżymi krewetami ruszyliśmy dalej i już całkowicie olewając założenia budżetowe wypiliśmy po pysznej margaricie, a na deser dołożyliśmy jeszcze wyśmienite lody.
Pyszota!


Margaritka i lodzik:) Mniami!

Następnego dnia wypożyczyliśmy skuter i wybraliśmy się na całodniową wycieczką aby zobaczyć Wzgórza Czekoladowe i dziwaczne stworzonka o nazwie Tarsiers. Wg wikipedii: gatunek ssaka z rodziny wyrakowatych występujący w lasach deszczowych Filipin, wyewoluował ok. 45 milionów lat temu. My, po uważnym przyjrzeniu się tym zwierzakom, mamy jednak inną teorię na temat tego gatunku. Widzieliście kiedyś Star Wars? Kojarzycie Master Yodę? No to chyba wszystko jasne :)



 Taszirek nr 1

 Taszirek nr 2

Taszirek nr 3


Wzgórza czekoladowe

 W drodze powrotnej zahaczyliśmy o market. 
Ta sympatyczna pani z okazji Fiesty obdarowała nas bananami.

Lokalny przysmak- suszona skóra ryby

Wracając z Chocolate Hills widzieliśmy lokalną ciekawostkę: w pewnej miejscowości postanowiono wybudować most. Pozyskano środki, była feta i budowa ruszyła. Po pewnym czasie udało się pokonać rzekę i nagle (!) okazało się, że most idzie prosto na kościół, który stoi tam od XVI wieku. Jako że Filipińczycy są bardzo wierzącymi ludźmi, nie było wyjścia jak tylko zaniechać budowy. Dobudowano jedynie schody prowadzące na most, dzięki czemu powstała chyba najszersza na świecie kładka dla pieszych :) Efekt możecie podziwiać poniżej.


Wieczorem tego dnia zrobiliśmy rozeznanie i znaleźliśmy lokalną knajpkę gdzie serwowali tanie i pyszne jedzonko. Od tej pory wszystkie kolacje jadaliśmy właśnie tam. Przysmakiem były jelita kurczaka w sosie BBQ :D i rosół na żeberkach w wydaniu filipińskim :D. I tutaj należy wspomnieć, że Filipińczycy mają szajbę na punkcie grilla. Po zachodzie słońca dosłownie na każdym rogu i przy każdym lokalnym sklepiku kopcą się grille. Najpopularniejszym serwowanym w takich miejscach zestawem jest szaszłyk ze świnki w sosie BBQ + ryż polany sosem sojowym, octem i sokiem z limonki. Muszę przyznać, że całkiem nieźle się to wszystko komponowało i świnka BBQ stała się najczęściej degustowaną przez nas potrawą na Filipinach.

jelita kurczaczka

pyszny rosołek


Jedzenie, jedzeniem, ale oczywiście główną rozrywką, na którą nastawiliśmy się przylatując Filipiny jest nurkowanie. Zatem zaraz następnego dnia wykupiliśmy sobie nurkowania w hotelowym Dive Shopie. Bohol słynie z nurkowania na pobliskiej wyspie Balicasang, a w szczególności z miejsca zwanego TurtleSoup – w wolnym tłumaczeniu coś w stylu „Zupa z Żółwia” czy „Zupa Żółwi” :) w każdym bądź razie chodzi o miejsce gdzie zawsze można spotkać masę żółwików. No i faktycznie napatoczyliśmy się tam na jakieś 10 żółwi podczas tylko jednego nurkowania. Niestety zwierzaki były bardzo płochliwe i nie dało się podpłynąć do nich zbyt blisko. Ryby też zachowywały się dość nerwowo i szybko zwiewały na nasz widok no i ogólnie nie było ich zbyt wiele. Okazało się że ryby i żółwie mają traumę spowodowaną metodą połowu za pomocą dynamitu tzw. dynamite fishing i miejscowe tereny nurkowe bardzo ucierpiały z powodu tej nielegalnej metody połowu. Jednak pomimo znerwicowanych rybek udało się nam zrobić parę ładnych zdjęć i nawet nakręcić filmik z żółwiem w roli głównej:)





 podwodna kapusta

amator podwodnej kapusty (ten bez maski)




Po owocnych nurkowaniach wieczory spędzaliśmy w naszej ulubionej lokalnej knajpie BBQ, a potem szwędając się po plaży i taplając w hotelowym basenie. 





 

2012.05.11 - 12 - Kathmandu – Delhi – Hong Kong – Manila - Cebu

Po 33 godzinach podróży dotarliśmy do Cebu. Najpierw był 2 godzinny lot z Kathmandu do Delhi, potem 8 godzin czekania i o północy rozpoczęliśmy 6 godzinny lot do Hong Kongu, a potem 3 godziny czekania na lot do Manili. Tam okazało się, że aby wejść na pokład samolotu do Filipin, trzeba mieć wykupiony wylot z tego kraju. Są to wymagania urzędu imigracyjnego, z nimi się nie wygra, więc trzeba się grzecznie podporządkować Jeżeli wylot jest w ciągu 21 dni od przylotu wiza jest darmowa, jeżeli później, to już płatna chyba ok 50$ za max 59 dni. My wybraliśmy opcję darmową i założyliśmy 3 tygodnie na Filipiny, mało, ale więcej nie mamy. Korzystając z darmowego wifi na lotnisku znaleźliśmy tani wylot z Manili do Malezji i kupiliśmy bilety.

Podczas przelotów czytaliśmy przewodnik po Filipinach i wstępnie zaplanowaliśmy naszą trasę. Wychodziło, że najlepiej będzie zacząć od Cebu, wyspy w środku Filipin i powoli przemieszczać się na północ. Przed wylotem z HK zdążyliśmy znaleźć tani lot z Manili do Cebu jeszcze tego samego dnia. Przelot HK – Manila trwał 2 godziny, na lotnisku czekaliśmy jeszcze 6 godzin i wieczorem o 19 wystartowaliśmy do Cebu. W ten sposób po 33 godzinach od pchania rikszy w Katmandu znaleźliśmy się w Cebu, była godzina 22 i padliśmy zmęczeni na łóżko.

Ta podróż dla mnie była szczególnie męcząca, bo dzień przed wylotem z Kathmandu, prawdopodobnie na lunchu w Bhaktapur znowu się zatrułem (czy to się kiedyś skończy?). Miałem konkretną biegunkę i ganiałem do kibla co pół godziny. Szczególnie stresujące były momenty, w których samolot kołował do startu i startował, gdy nie można było korzystać z toalet. No ale jakoś przetrwałem i dotarłem do celu.

Cebu nie zwiedzaliśmy, raczej nie ma tam nic szczególnego do oglądania. Ja zwiedziłem tylko szpital, bo od trzech dni nic mi się nie poprawiało i zastanawiałem się czy to nie robaki jak u Kasi. W szpitalu pełna kulturka: czysto, przyjemnie, obsługa bardzo miła. Na izbie przyjęć jedna pielęgniarka robiła wywiad co mi dolega i wszystko skrzętnie zapisywała w formularzu, druga mierzyła mi ciśnienie i temperaturę, trzecia założyła mi na palcu czujnik do pomiaru tętna. Ta pierwsza wszystkie pomiary zapisała w formularzu i 5 minut później przyszła pani doktor mając już wszystko na tacy. Pogadała ze mną chwilę i zleciła badanie krwi oraz kału i dorzuciła kroplówkę, na wszelki wypadek, żebym się nie odwodnił. Zanim skończyła się kroplówka miałem już wyniki badania krwi, z kałem było trochę gorzej, bo miałem puste jelita, ale wg pani doktor z opisu moich dolegliwości można było wywnioskować co mi jest. Dopadły mnie jakieś bakterie. Dostałem tabletki, ogólne zalecenia i do domu, załatwione.

Po szpitalu zabraliśmy plecaki z hotelu i pojechaliśmy na prom na wyspę Bohol na spotkanie z Tarsierami :)

piątek, 1 czerwca 2012

2012.05.08 - 11 - Kathmandu

Teraz, jak już mamy zaliczone treki, możemy zwiedzić na spokojnie Kathmandu i okolice. No prawie na spokojnie, bo 11go mamy wylot na Filipiny, czyli mamy tylko dwa pełne dni w stolicy Nepalu.

Okazało się, że po majówce w Kathmandu wybuchły strajki. Pytaliśmy ludzi, ale trochę trudno było nam zrozumieć co jest przyczyną strajku. Każdy mówił co innego. Jedni przeciwko komunizmowi, inni przeciwko podniesieniu podatków, jeszcze inni (ci co nie strajkowali), że strajkują ludzie niskiego formatu, ze wsi, którym się nie chce pracować. Wylatując z Kathmandu poznaliśmy dość ogarniętego Nepalczyka, który wyjaśnił nam, że strajki są związane z tym, że w rządzie są siły chcące rozdzielić Nepal na mniejsze, niezależne państwa, tak jak to było zanim zjednoczyła je dynastia Ghurków w XVIII wieku. Strajkowali ludzie, którzy byli przeciwni takiemu podziałowi.

Pierwszego dnia musieliśmy załatwić jeszcze kilka rzeczy m.in. oddać dwie pary spodni do sklepu, w którym zarzekali się, że są oddychające – nie były. Nie do końca wierzyłem, że zgodzą się je przyjąć, ale spróbować nie zaszkodziło. Ku mojemu zaskoczeniu zgodzili się. Co prawda nie chcieli oddać nam pieniędzy, ale mogliśmy wybrać rzeczy w sklepie o podobnej wartości co spodnie – dobre i to.

Potem kręciliśmy się po mieście zwiedzając m.in. Durbar Square – plac na którym znajdują się świątynie oraz pałace królewskie. Szczerze mówiąc, mało imponujące.

zdjęcie typu klasyk :)

 świątynia i pranie

Krążąc po mieście trafiliśmy na wagę i z ciekawości sprawdziliśmy ile kg nam ubyło. Waga pokazała mi 70 kg, czyli ubyło mi 6 kg, a Kasia straciła 4 kg! Ważyliśmy się już po 3 dniach konkretnego obżarstwa (w moim przypadku), więc podejrzewam, że na koniec drugiego treku mogłem ważyć 68 kg, czyli tyle ile po powrocie z Chin w 2007 roku i tyle ile na koniec VIII klasy podstawówki w 1998 roku :) Kasia ważyła jakieś 49 kg - też marnie:/ Ale, spokojnie wszystko da się nadrobić, a w szczególności stracone kilogramy ;)

Wieczorem spotkaliśmy się z Wanatkami i Pawłem. Paweł to gość, który mieszka w Kathmandu już
od kilku miesięcy i jest korespondentem dla polskich gazet. Kupiliśmy colę, lokalną whisky oraz arbuza i poszliśmy na dach naszego hostelu.

Drugi dzień był typowo rowerowy. Wypożyczyliśmy z Kasią po dwa sprzęty. Jeden był całkiem dobry, a drugi to straszna padaka, ale jechał do przodu i nawet zwalniał jak nacisnęło się hamulec. Postanowiliśmy pojechać do Bahdapur – starej stolicy Nepalu. Dzięki temu, że wszyscy strajkowali ulice były puste. Normalnie jest na nich straszne zamieszanie i trochę strach jechać nimi na rowerze, ale tego dnia oczyścili je specjalnie dla nas :)



Po dojechaniu na miejsce przypięliśmy rowery i zaraz potem spróbowaliśmy lokalnego specjału – juju dhau – jogurtu o bardzo gęstej konsystencji. Smakował bardzo podobnie do lassi, które mieliśmy okazję skosztować w Varanasi.



Jogurty trochę nas rozochociły do jedzenia, więc zaraz potem spróbowaliśmy momosów.




Z pełnymi żołądkami ruszyliśmy zwiedzać miasto. Dawna stolica Nepalu ma kilka dużych placów z pięknymi świątyniami. Między placami przechodzi się małymi, klimatycznymi uliczkami. Kręciliśmy się tymi uliczkami dobrych kilka godzin, aż w pewnym momencie się rozpadało i schroniliśmy się w knajpce, w której przy okazji zjedliśmy obiad. Spróbowaliśmy lokalnych specjałów – nie była to rewelacyjna uczta.









Gdy przestało padać, postanowiliśmy iść szybko do rowerów, żeby rozpocząć wycieczkę powrotną, bo już zaczynało się ściemniać. Okazało się, że Nepalczycy strajkują tylko w ciągu dnia, po zachodzie słońca kończą strajk, więc ulice znowu zapełniły się samochodami. Jakby tego było mało, gdzieś w połowie drogi dopadła nas burza. W ulewie, po ciemku (rowery oczywiście nie były wyposażone w lampki) i w dość dużym ruchu ulicznym dojechaliśmy do Kathmandu, na szczęście cali i zdrowi, tylko trochę mokrzy.

Kolejnego dnia o 14 mieliśmy wylot do Delhi. Niestety taksówki strajkowały, a te które się wyłamywały ze strajku, były zazwyczaj obrzucane kamieniami przez strajkujących. W takiej sytuacji nie zostało nam nic innego jak wziąć rikszę, taką prawdziwą - rowerową. Załadowaliśmy siebie i nasze plecaki, łącznie jakieś 150 kg ładunku i ruszyliśmy. Na prostej szło całkiem nieźle, z górki bardzo dobrze, ale pod górkę... Pod górkę wszyscy w trójkę pchaliśmy rikszę :)
Fotoreporterzy robiący zdjęcia strajkujących oblatywali nas dookoła i cykali zdjęcia. Jednemu udzieliłem nawet krótkiego wywiadu dysząc i pchając rikszę pod górę :)
Dopiero w samolocie ten bardziej ogarnięty Nepalczyk, który tłumaczył nam powód strajków, powiedział, że lotnisko zorganizowało transport dla turystów z centrum miasta specjalnym wanem, który jeździł w tą i z powrotem non stop. Jakoś w żadnej agencji turystycznej, w której pytaliśmy o możliwości dotarcia na lotnisko nie wspomnieli o tym... Może chcieli, żeby zdjęcia dwóch białasów z Nepalczykiem pchających rikszę pod górę uzupełniło artykuły o strajku :)

Aha, jeszcze jedno, ogoliłem się :)

2012.05.06 – 08 - Pokhara


Jak byliśmy w Indiach odezwali się do nas Słodka z Wano (dla niewtajemniczonych - dobrzy znajomi z Nocnego Roweru) z informacją, że będą w Nepalu mniej więcej w tym samym czasie co my! Szykują się na Annapurina Circuit, ale na rowerach – świetny pomysł i chętnie bym się przyłączył, ale niestety Kasi się aż tak bardzo nie spodobał :) Ustaliliśmy datę i miejsce spotkania, które później, ze wzdględu na specyfikę podróżowania po Azji, wielokrotnie zmienialiśmy :) Kiedy wracaliśmy z ABC w Chhamrong udało mi się dopchać na chwilę do netu i wyczytałem, że Wanatki były dwa dni wcześniej w Muktinath. Ze zgrubnych wyliczeń wychodziło, że uda nam się złapać w Pokharze, a może nawet napatoczymy się na nich na trasie Nayapul – Pokhara. Dlatego całą drogę z Nayapul wystawiałem głowę przez okno autobusu i wyglądałem naszych kolarzy. W pewnym momencie zobaczyłem w dużej odległości na podjeździe dwie sylwetki, jedna stała z rowerem rzuconym obok i coś krzyczała, a druga ostro cisnęła pod górę – już wiedziałem że to oni :)
Gdy autobus się zbliżał Marta go zatrzymała, żeby wsiąść do środka, a ja wyskoczyłem jej na przywitanie :) Wrzuciliśmy z Arturem rower Marty na dach, Marta wsiadła do środka, a Artur oczywiście wskoczył na rower i cisnął dalej do Pokhary. Wszystko działo się bardzo szybko, nawet nie zdążyłem się porządnie przywitać z Arturem, do tego z Martą zaczęliśmy gadać jak najęci na temat naszych wypraw i dopiero pod Pokharą zorientowałem się, że dałem ciała, bo przecież mogłem wziąć rower Marty i cisnąć z Arturem! Damn!!

Po dotarciu do Pokhary ja usiadłem w knajpie z bagażami, a Kasia i Marta wyruszyły na poszukiwania hotelu. Popijałem spokojnie shake'a, gdy weszli Wojtek z Iza, a chwile po nich dojechał Wano :) No to cała nasza banda już w komplecie :)
Po wrzuceniu bagaży do pokoju, wzięliśmy od Wanatków rowery i pojechaliśmy z Kasia na badania do szpitala. Kasia poszła na wizytę u lekarza, a ja siadłem w knajpie naprzeciwko szpitala i zacząłem obżerać się momosami z mięsem, z MIĘSEM! :) Zjadłem 30, mniam! :)
Po ok. 3 godzinach ja byłem najedzony, a Kasia miała wyniki badań krwi i stolca – wyszło że ma cysty lambrii, czyli robaki, które pojawiają się w organizmie po wypiciu wody, która miała styczność z odchodami zarażonych zwierząt. Jak widać Nepalczycy nie bardzo dbają o higienę w swoich kuchniach. Dziwne tylko było to, że jedliśmy zazwyczaj to samo, więc czemu ja też nie miałem robaków?
Są dwie teorie na ten temat. Pierwsza głosi, że zaraziliśmy się podczas pamiętnego lunchu w Tal, tylko że ja wieczorem wszystko zwróciłem i nic mi się nie zalęgło (nie wiem czy organizm jest w stanie wykryć zarazki w pokarmie i „uruchomić” oczyszczenie żołądka).
Druga jest taka, że ja piłem wodę ze strumieni oczyszczoną za pomocą tabletek do puryfikacji wody, a Kasia piła herbaty zakupione w guesthousach (żeby nie pić zimnej wody na chore gardło). Prawdopodobnie kupiliśmy gdzieś herbatę z wody, która była niedogotowana albo, ze względu na wysokość, wrzała już w 80 stopniach, co było zbyt niską temperaturą żeby wybić wszystkie zarazki. To są tylko nasze teorie, ale jak ktoś się zna na sprawach medycznych, to proszę o komentarz :)

Kasia dostała tabsy i po ok. dwóch tygodniach miała wrócić do pełnego zdrowia. Odetchnęliśmy z ulgą, bo już było wiadomo co się z nią dzieje i na czym stoimy. Dotąd były tylko niepokojące domysły.

W Pokharze spędziliśmy dwa pełne dni, a trzeciego rano wyjechaliśmy z Wanatkami do Kathmandu, Wojtki postanowiły jeszcze trochę tu poleniuchować. Te dwa dni minęły nam na strasznym obżarstwie, tzn wszystkim poza biedną Kasia, która musiała przestrzegać diety. Była nawet żołądkowa gorzka, którą Wojtek z Izą zabrali jeszcze z Polski na specjalną okazję, a po zakończeniu ich trzeciego treku uznali, że właśnie taka ma miejsce.



Drugiego dnia wyskoczyłem z Arturem na rowerach na stupę, która znajdowała się na wzgórzu górującym nad Pokharą. Wyprawa była świetna, choć trochę pobłądziliśmy w lasach i musieliśmy targać rowery po stromym zboczu. Po zdobyciu wzgórza obejrzeliśmy stupę z bliska, a już potem mieliśmy nagrodę za nasze trudy w postaci długiego zjazdu, sweet :)

W Pokharze mieliśmy z Kasią też mocną rozkminkę gdzie uderzamy po Nepalu. Generalnie temat ten wałkowaliśmy od poprzedniej wizyty w Pokharze. Opcje były dwie – Tybet, a potem Chiny albo Filipiny.
W Chinach już byłem, ale baaardzo mi się tam podobało, jest to chyba najciekawszy kraj, z tych które widziałem i mają wspaniałe jedzenie. Tybet bardzo chciałem zobaczyć, ale od czasu olimpiady w Pekinie, Chińczycy bardzo ograniczyli możliwości zwiedzania tego kraju Przed olimpiadą do Tybetu można było wjechać tylko z zorganizowaną wycieczką, ale słyszałem, że można było to obejść kupując najkrótszą 3 dniową opcję i urwać się np. drugiego dnia, a dalej poruszać się na własną rękę. Teraz też można wjechać tylko z zorganizowaną wycieczką, ale urwanie się jest już niemożliwe, bo jest mnóstwo checkpointów, a do każdej wycieczki przydzielany jest chiński przewodnik, który pilnuje jej składu.
Opcja zorganizowanej wycieczki (tu śpimy, tu jemy, tu sikamy, tu jedziemy, tu mamy pół godziny, a tam pół minuty) nie za bardzo nam odpowiada. Biura w Azji się za bardzo nie szczypią i kasują za zwykłą spelunę jak za pokój w Hiltonie. Jak już kupisz wycieczkę, to możesz mieć tylko nadzieję, że pokoje i jedzenie będą przyzwoite. Do tego wszystkiego dochodzi chiński przewodnik, który pokaże taki Tybet, jaki chińskie władze chcą pokazać turystom, a nie taki jaki jest naprawdę. A, jeszcze jedna sprawa, która nas już totalnie zniechęciła – 10 dniowa wycieczka do Tybetu (6 dni jazdy jeepem przez Tybet z Kathmandu do Lhasy i 3 dni w Lhasie) kosztowała ok. 850$ od głowy...

Natomiast o Filipinach słyszałem same pozytywne opinie od ludzi na trasie, nawet bardzo pozytywne. Z drugiej strony na początku czerwca zaczyna się tam monsun, ale zawsze może przyjść wcześniej. Chiny były bezpieczne pod względem pogody, no i to jedzenie... :)

Długo się nad tym zastanawialiśmy, ale decyzję pomógł nam podjąć jeden gość z Kanady, który po Nepalu jechał właśnie po raz pierwszy do Chin. Opowiadałem mu pół wieczoru gdzie ma jechać i co zobaczyć, mówiłem to z nieukrywaną pasją. Na koniec dał mi bardzo cenną radę: jeżeli mam tak wspaniałe wspomnienia z Chin, to lepiej, żebym tam drugi raz nie jechał, bo mogło się tam pozmieniać, mój sposób odbioru tego kraju może być inny itp. i mogę sobie te wszystkie wspomnienia zepsuć.

Koniec końców wybraliśmy Filipiny i nie żałujemy :)